Category: ciekawostki

Łoś

Ot, takiego gościa mieliśmy w trakcie sobotniego grilla na tarasie:

email

Mikołajki

Odrobinkę nietypowa tematyka dziś będzie, ale muszę, bo coś trzeba utrwalić!
Jak wiadomo, dziś jest największe święto po „gwiazdce” dla każdego dziecka, znaczy tytułowe Mikołajki. Tradycyjnie też jest ono obchodzone w szkołach, takoż więc i w szkole Wyjątka, obecnie lat 10, tyle, że Wyjątkowa wychowawczyni podeszła do sprawy dość oryginalnie, słusznie zauważając, że zwykle robione z tej okazji akcje typu „każdy kupuje wylosowanej osobie prezent do ustalonej kwoty” się nie sprawdzają zbyt dobrze i zarządziła, że dzieci będą sobie wręczać kartki z życzeniami mikołajkowymi, ale obowiązkowo mają to być kartki sporządzone własnoręcznie i z życzeniami dopasowanymi do osoby obdarowywanej, losowanie osób i obowiązkowa tajemnica (trwająca zwykle do najbliższej przerwy) oczywiście bez zmian.

Czytaj dalej

3D-printeriada

Na ogólnie rozumianą tematykę druku 3D to ja tak w ogóle jestem obrażony. Może nie śmiertelnie, czego dowodem niniejszy wpis, ale żal odczuwam i zacznę może od jego wylania. Otóż żal mój bierze się stąd, że sam pomysł technologii druku 3D, to ja sobie w ramach myślenia o niebieskich migdałach wymyśliłem daleko przed pojawieniem się takich drukarek w formie ogólnodostępnej i w czasach, gdy nawet wierny czytelnik Młodego Technika o takim cudzie nie słyszał (ciężko mi teraz zlokalizować to dokładniej w czasie, ale ostrożnie bym obstawiał przełom lat 80/90), w związku z czym obecnie uważam tą technologię za „moją” i ubolewam, że świat nawet o tym nie wie, że bezprawnie z cudzego pomysłu korzysta 😀
Druk 3D wymyśliłem niemal dokładnie tak, jak on obecnie wygląda, z dokładnością do całej idei plottera nakładającego warstwa po warstwie zespalający się materiał. Tyle mojego, że obecne drukarki cały czas jeszcze cieniują materiałami nakładanymi w kiepskiej rozdzielczości na gorąco bądź chemoutwardzalnymi, a nie wpadli jeszcze na zbudowanie drukarki w wymyślonej wtedy przeze mnie formie najbardziej zaawansowanej: wydruku robionego na poziomie atomowym, z pojedynczych cząstek materiału, przyspieszanych i nakierowywanych elektrostatycznie, „sklejanych” zaś normalnie siłami oddziaływań międzycząsteczkowych. Co prawda technologia taka rodzi kilka problemów do rozwiązania (choćby energetycznych, co mianowicie miałoby się stać z energią przyspieszonej cząstki po jej wstrzeleniu na pozycję), ale to drobiazgi są. W każdym razie, jeśli coś takiego się na świecie pojawi, to uprzejmie proszę o niezapominanie o mnie tym razem 😉 Bo fakt, że wtedy, te 25 lat temu swego pomysłu nie tylko nigdzie nie opublikowałem, ale nawet nie opisałem w Tajnym Zeszycie „Moje Wynalazki” nie zmienia faktu, że on jest mój i koniec!

Czytaj dalej

Cydr i nie tylko.

Miało w następnym wpisie być dużo ciekawych rzeczy, miało być o rakietach, niestety trochę się to rozmyło za sprawą mojej pracy. Ogólnie bardzo ją sobie chwalę, jak już kiedyś pisałem, zasadniczym moim obowiązkiem służbowym jest bycie w gotowości i przynajmniej, dopóki z tego bycia w gotowości nic nie wynika, mam czas by w godzinach pracy robić różne rzeczy, niepomiernie zdumiewające osoby, które w pracy zwykle mają problem z dopiciem do końca kawy zrobionej rankiem. Ale, niestety, coś za coś, nie na samym przeglądaniu internetów mi praca upływa, bywa że z owego bycia w gotowości wynika coś więcej. I wtedy nie ma przeproś, rzuca się np. sobotnie zakupy, rzuca się inne zajęcia i spędza się sobotę nad takimi oto widoczkami:

Tenże konkretny widoczek jest wbrew pozorom bardzo egzotyczny, przedstawia pewne położone tuż nad wybrzeżem Morza Śródziemnego tunezyjskie miasteczko. Na obrazku widzimy zaś, proszę wycieczki, absolutną niemożność pogadania sobie przez telefon przez mieszkańców tegoż miasteczka. Osoby choć odrobinkę zorientowane w tematyce IT są w stanie nawet wypatrzeć na tym screenie przyczynę wspomnianej niemożności 🙂

Czytaj dalej

Takie tam…

Deklarowałem co prawda ostatnio, że aktualnie nie żyję, ale niestety, w korpoświecie nie ma miejsca na takie błahe problemy, jak zgon pracownika. Pracownik ma przyjść do roboty, stawić się jak codzień na Mordorze i realizować targety, maczować tabele, analizować pałerpointy i przede wszystkim dbać o wspólną przyszłość korporacji! O samorozwój! Widzieć ścieżkę swej kariery! Kreatywnie podchodzić do problemów! (i mniejsza o to, że 3/4 z tego w pracy nie robię, moje korpo jest czysto techniczne i pozbawione większości korporacyjnych bezsensów, a mój manager nie dość, że targetów nie narzuca, to nawet w krawacie nie chodzi, fakt jednak pozostaje faktem: trzeba było się dziś zwlec i przyjść do roboty, o!)

Echhh…. ja chcę z powrotem do mej piwnicy! Tamże pojawił się już zarys hydroforu:

Czytaj dalej

Wpis historyczny nr 2

Ja przepraszam, ale ja muszę. Zainspirowany komentarzem Bajcika pod poprzednim wpisem i ogólnie ogarnięty nostalgią towarzyszącą porządkowaniem wraz z bratem domu po naszych dziadkach, stwierdziłem, że swoją dawną elektronikę jednak muszę uwiecznić. Muszę i koniec. Bo trzymał tego nie będę, prędzej czy później wyląduje ona tam, gdzie jej miejsce, ale chociaż te zdjęcia po niej zostaną.

Tak więc, proszę wycieczki, zakładamy kapcie filcowe, okrycia wierzchnie oddajemy do szatni i idziemy rządkiem, niczego nie dotykając, bo po łapach! I nie gadać tam jeden z drugim, słuchać!

  • Eksponat 1, niestety, bez daty, ale to była jakoś połowa mojej szkoły średniej (czyli późne 80te), moduł woltomierza na będącym wówczas szczytem marzeń układzie C520D. Zwracam uwagę na wyprowadzenia w formie pętelek z miedzianego drutu, oklejonych wokół distalem oraz na radzieckie rezystory MŁT.Strona druku, na której widać wspominane pod komentarzem Bajcika w poprzednim wpisie skutki obcinania brzegów ścieżek skalpelem. Prawda, że „prawie” jak współczesna płytka robiona termo czy chemiotransferem? 😉

Czytaj dalej

Wpis historyczny

Robię właśnie wielkie porządki w opróżnianym z powodu sprzedaży domu po moich dziadkach. Domu, w którym jako dzieciak spędzałem każde wakacje i niemal każdy dzień wolny, tamże jako małe dziecko zyskiwałem podwaliny pod swe ogólnotechniczne zainteresowania, szkolony byłem od małego przez dziadka – przedwojennego mistrza budowlanego, za czasów PRLu aż do emerytury budującego Polskę Ludową, dziadka, którego do dzisiaj wspominam jako osobę, która przy pomocy kawałka drutu i paru gwoździ byłaby w stanie naprawić pewnie i prom kosmiczny amerykanom. Może nie byłby idealny, ale okręcony drutem skręconym mocno „na dugę”, i z płytkami (tymi, co odpadały) poprzybijanymi raz przy razie przy pomocy papiaków, może przez kawałek wyklepanej młotkiem blachy z odzysku, żeby było solidniej, na pewno by się trzymał kupy 😀
W tymże domu jako kilkulatek zwichnąłem sobie rękę w łokciu (spadłem z drabiny, a jakże), również jako kilkulatek asystujący dziadkowi przy tynkowaniu ściany, mało przez tegoż dziadka nie zostałem zamordowany, ponieważ kiedy dziadek skończył zacierać ścianę i poszedł gdzieś, niżej podpisany złapał za pacę i też zaczął zacierać… (udało mi się odparzyć ze dwa metry kwadratowe świeżego tynku).
Jako starsze dziecię tamże miałem swój pierwszy warsztat, tamże dorobiłem się posiadanej do dziś blizny na lewej dłoni (niewarta wspominania przygoda z przetapianiem szkła w opalanym koksem piecu CO), tamże miałem też całe mnóstwo innych przygód, na temat których w zasadzie książkę możnaby napisać.

Żeby już nie zanudzać, przejdę (wreszcie) do rzeczy: otóż natrafiłem na dwie ze swoich dawnych konstrukcji. Konstrukcje owe trafiły tam, gdzie ich miejsce, ale na pamiątkę zdjęcia zrobiłem 🙂

Po pierwsze: zasilacz. To miał być (i przez kilka lat był!) zasilacz nad zasilacze, z parametrami, które osoby zorientowane mogą sobie same zobaczyć na płycie czołowej. Nie, nie mam pojęcia, na jakie licho był mi potrzebny zasilacz do 50V, wtedy uznałem, że tyle trzeba. I 3A. Trafo 150W wewnątrz pochodziło z któregoś z Rubinów (chyba 202), oczywiście zostało samodzielnie przewinięte! Obudowa gięta z blachy aluminiowej, napisy tuszem od szablonu, po całości zalakierowane lakierem bezbarwnym. Oznaczenie „HMS 09c” coś znaczyło. Wybaczcie, za diabła nie pamiętam już, co, pamiętam tylko, że miałem specjalny zeszyt, w którym przechowywałem schematy i opisy swoich wynalazków, tamże miałem tabelę, gdzie urządzenia były podzielone na kategorie, podkategorie i od nich brały się kolejne literki – no tak sobie wymyśliłem w nastoletniej łepetynie, że tak będzie mądrze i profesjonalnie 🙂

Płyta czołowa, mocno brudna, ale widać, o co chodzi. I tak, wiem, że „labolatoryjny” pisze się inaczej. Wtedy nie wiedziałem, za błędy ortograficzne sprzed 30 lat nie odpowiadam! 😉

Czytaj dalej

Listonosz zawsze puka dwa razy. I takie tam.

Takie pokutują różne tzw. prawdy uniwersalne. Jak choćby wspomniana prawda przez jedną Agatkę uwieczniona, jakoby listonosz miał dwa razy zawsze pukać (co zresztą jest tym trzecim rodzajem prawdy wg podziału ks. Tischnera, bo nasz poprzedni listonosz na starym mieszkaniu dzwonił, walił, telefonował i jakby miał trąbkę pocztową, to na pewno by trąbił i na trąbce, obecny zaś jest strasznie nieśmiały, nie dzwoni, nie puka, w ogóle pokazuje się z rzadka i jak tylko może, unika kontaktu). Mówią też osoby doświadczone i/lub znające się na rzeczy, że sprawy związane z ogrzewaniem, w szczególności kotły grzewcze mają pewien ulubiony miesiąc, w którym się psują najczęściej. Mało tego, mają nawet ulubioną połowę tegoż miesiąca, w której się psują szczególnie często… Czy muszę pisać, o który miesiąc chodzi? 😉

Czytaj dalej

Jesień tu zapanowała, nic się nie dzieje, liście spadają tylko…

Dla rozruszania zatem, proszę wycieczki, zaczniemy sobie nowy temat, temat z gatunku moich ulubionych. Sterownik  :mrgreen:
Tak w ogóle, przymierzam się powoli do opublikowania w dziale „Moje Projekty” opisów swojej automatyki, tylko tak jakoś czasu nie ma, żeby się za to zabrać. Póki co, na zachętę, wczoraj zmontowane płytki kolejnego klocka tejże automatyki:

Czytaj dalej

Szpieg z Krainy Deszczowców!

Słuchajcie, siedzę ja sobie późnym wieczorkiem, przeglądam internety (szukając kogoś, kto nie ma racji rzecz jasna 😉 ), jedno dziecię śpi, drugie jest właśnie przez małżonkę układane, na dole domu jestem więc sam, oczywiście jeśli nie liczyć legiona pająków, muszek owocówek (na które sezon niestety w pełni) i tych ciem, które za dnia wleciały. Siedzę, grzebię w internetach i nagle kątem oka widzę, że coś mi się na skraju pola widzenia RUSZA!!!! Tu na dole, na którym nikogo prócz mnie być nie ma prawa!

Kto inny by może z piskiem na krzesło wskoczył, na zawał zszedł, albo choć „łojezu” zakrzyknął, ale nie jaaa, o nieee, oglądało się w końcu tego Terminatora, przeszło się wszystkie części Half Life, Medal of Honor i Call of Duty na dokładkę. Tak więc zadziałały odruchy, w ułamku sekundy nacisnąłem Ctrl i A, przetaczając sie na bok szybko stuk w trójkę, żeby zmienić broń na shotguna i padając już na ziemię, wygarnąłem z obu luf w stronę wroga.
Niestety, zdążył się schować, skubany. Umknął za drzwi i tam wcisnął się w kąt, w nadziei, że dzięki barwom maskującym uda mu się ukryć. NIedoczekanie! Ująłem gada (płaza znaczy) żywcem!

Czytaj dalej

Archiwum

  • 2017 (19)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0111762
Visit Today : 15
Hits Today : 16
Total Hits : 410368
Who's Online : 3
Przejdź do paska narzędzi