Articles Written By: Jarek.P

Wpis Historyczny nr 3

Kończy się długi weekend, spędzony przez nas w moich rodzinnych stronach. Tamże przy okazji porządków w starych szparagałach znalazłem cudeńko. Kto zgadnie, co to takiego? 🙂

Czytaj dalej

email

Furtka – upgrade do v.2

Furtka była ważnym tematem w zeszłym roku. Zrobiłem ją, jako „drzwi do lasu”, oczywiście nie omieszkałem się pochwalić, o w tym wpisie: Bliżej NaturyTamże jest zdjęcie nowo powstałej furtki, z już widoczną zapowiedzią późniejszych kłopotów…

Czytaj dalej

Nawadnianie v.2

Sprawa jest prosta: żeby rosło, musi mieć wodę. Jak nie ma wody – nie rośnie. Zwłaszcza, jeśli jest sadzone w lesie, między drzewami. Zwłaszcza jeśli jest sadzone w piach tak bardzo chłonny, że nie ma takiej ulewy (łącznie z oberwaniami chmury, których najstarsi górale nie pamiętają), by u nas kałuże powstawały, wszystko wsiąka w oczach. W każdym razie, póki nawadniania nie było, niemal wszystko, co sadziliśmy schło albo od razu albo najdalej po sezonie, mimo podlewania wiaderkiem. Wykonana dwa lata temu instalacja nawadniająca odwróciła ten fakt o 180 stopni, ogród zaczął nam rosnąć miejscami wręcz aż za bardzo, małżonka moja zaczęła sadzić przeróżne rośliny też miejscami aż za bardzo ;), dzięki czemu instalacja nawadniająca, projektowana z duuużym zapasem stała się w końcu niewydolna. Ilość podawanej wody nie była tu jeszcze problemem (wystarczyło wydłużyć czas cyklu podlewania), niestety rozrastająca się instalacja spowodowała, że pompa nie dawała rady utrzymać w niej ciśnienia i np. te nieliczne tryskacze, które mamy (miniaturowe, ale jednak, zaś ogromna większość instalacji to są kroplowniki) ledwie bździły, zamiast robić sensowną robotę.

W tym roku zostały podjęte decyzje, zostały zaplanowane plany, zostały wygospodarowane środki na realizację, w wyniku przetargu zostali wyłonieni dostawcy, wykonawca… cóż, wykonawca i tak nie miał wyjścia (ani nawet ochoty na zlecanie takiej roboty komuś innemu, szczerze mówiąc) i… i co. Pajechali!

Czytaj dalej

Historia jednego blatu

To, że w kotłowni ma być blat było wiadome od samego początku wszechrzeczy, małżonka sobie ten blat wymyśliła jeszcze siedząc nocami nad projektem naszej chałupy: 

No dobrze, może z rysunku nie wynika ten blat wprost, ale widać, gdzie pralka, gdzie zlew i po ich bokach są ścianki wspierające tenże blat – bo że tam będą ścianki z ładnej cegły też było wiadome od początku i od początku było wiadome, że na tych ściankach spocznie blat. bo blat w kotłowni potrzebny jest!

Czytaj dalej

Jak mąż mówi, że zrobi, to zrobi!

… i nie trzeba mu co roku przypominać!  – ten przechodzony już, ale wciąż aktualny dowcip właściwie powinienem sobie gdzieś podwiesić u góry strony jako motto życiowe, bo takich spraw, które wciąż powtarzam, że zrobię, mam o, taaaaką dłuuuuugą listę. I najgorsze jest to, że ta lista się nie kurczy, a raczej rozrasta. Szczęśliwie jednak, co jakiś czas udaje się z takowej listy cośtam wykreślić. I dziś właśnie o jednej z takich pozycji będzie. Mianowicie, wspominana nawet całkiem niedawno żarówka LED doczekała się wreszcie zainstalowania: oto i ona:

Czytaj dalej

Pizza!

Tak się jakoś utarło, że różne grupy zawodowe mają swoje, typowe i zwykle z nimi kojarzone potrawy. I tak budowlańcy mają swoje gorące kubki i zupki chińskie, managerowie mają swoje sushi, handlowcy brunche z klientem i tak dalej. I jest wreszcie liczna grupa pracowników „swetrowych”, typowo pracujących jako inżynierowie, najczęściej IT lub pokrewnych. I tu nie ma przeproś, króluje właściwie tylko jeden rodzaj potrawy. Pizza!
 
I dla odmiany, o pizzy właśnie dziś będzie. Pizzy DIY! Potrawie inżynierów! 🙂
 

Własne PCB z chińskiej fabryki

Przyszły mi wczoraj bardzo dawno temu już anonsowane i odłożone na później z braku czasu płytki do samorobnych żarówek-ledówek mających rozszerzać funkcjonalność kinkietów oświetlających wjazd do garażu. Tutaj o tym pisałem, pokrótce przypomnę jedynie, że prócz normalnego świecenia z wkręconej w kinkiet żarówki, dzięki moim ledówkom kinkiet będzie zdolny jeszcze do całonocnego świecenia „ozdobnego”, z malutką mocą, tak, żeby tylko ładnie elewacja wyglądała. Płytki, jak widać przyszły:

O samych kinkietach napiszę innym razem, jak już je zainstaluję i będzie się czym pochwalić (a poczekam z tym chyba, aż będzie ciut cieplej, jakoś średnią mam ochotę na robienie czegokolwiek zgrabiałymi łapami na szczycie aluminiowej drabiny…), póki co zaś chciałbym napisac parę słów o tym, w jaki sposób zamawiać własne płytki w Chinach.

Czytaj dalej

Coś dla Lasu

O, takie coś:

Czytaj dalej

Żaluzje, Kulson….

Przepraszam za soczysty tytuł (bo nikt chyba nie ma wątpliwości, co do tego, przy czym będę się upierał na konferencji, że mam kolegę o ksywie Kulson i to do niego są skierowane słowa), ale musiałem jakoś wyrazić swój stosunek do tematu. 
Przy okazji opisywania automatycznej rolety wspominałem, o ile mnie pamięć nie myli, że teraz kolej na obecne w innych naszych oknach żaluzje. Wewnętrzne, takie… zwykłe, listkowe, jedyne, co w nich jest niezwykłe to fakt, że listki są drewniane, mechanizm zaś i budowa są typowe do bólu. Podobne żaluzje mieliśmy w naszym poprzednim mieszkaniu i tamże je z powodzeniem przerobiłem na automatyczne, robiąc to jeszcze na procesorze z czasów tak mniej więcej Wizyty Ottona III w Polsce, czyli na AT89C2051.  Żaluzje miały swoje narowy, ale generalnie działały całkiem nieźle aż do końca naszego pobytu w tamtym mieszkaniu. Mechanicznie było to wykonane w ten sposób, że króciec do kręcenia żaluzjami był sprzężony z niedużym silniczkiem z wbudowanym reduktorem do 100RPM, silniczek choć mały, wystawał w formie kalafiora nad obudową żaluzji. Zdjęć niestety nie mam, nie prowadziłem wtedy aż tak drobiazgowej dokumentacji swojego majsterkowania.

Niestety, żaluzje okazały się być jednym z tych tematów, które na papierze wyglądają na działające, ale zrobić praktycznie nie dadzą się w żaden żywy sposób. Po prostu nie i koniec! Jak perpetuum mobile zupełnie. Które też wynalazłem niegdyś, jako dwunastolatek (czy jakośtak) – wymyśliłem, że zepnę silniczek z prądnicą zarówno mechanicznie jak i elektrycznie (tak, by silnik kręcąc prądnicą wytwarzał prąd do zasilania się), to będe miał prąd za darmo i było to dla mnie tak pewne i oczywiste, że gdy poszedłem z tym do szkolnej nauczycielki od fizyki, a ta zamiast paść z wrażenia, zaczęła rechotać na całą klasę, powtarzając „co ty, P., perpetuum mobile wynalazłeś? Hehehehe?”, zupełnie nie wiedziałem, o co jej chodzi i co w mym genialnym pomyśle takiego śmiesznego.
Perpetuum mobile niestety nie chciało działać, w dodatku dziadek się na mnie zdenerwował okrutnie odkrywszy brak dynama w swoim rowerze (ech, ciężki jest los wynalazcy). I żaluzje, niestety, też działać nie chcą, mimo licznych prób. I o tychże próbach chciałem dziś napisać…

Czytaj dalej

Wytrawiarka – reaktywacja

Stacja sto sześćdziesiąta czwaaartaaaaaa! Wytrawiaaarkaaaa idzieee do woooojskaaaa!

O wytrawiarce pisałem tu sporo, dziś mija właściwie równa druga rocznica rozpoczęcia wytrawiarkowego tematu na moim blogu. W tym od lutego 2016, gdy odtrąbiłem pełen i 100% sukces nie pisałem o niej wcale. Najwyższy więc czas nadrobić zaległości i do wytrawiarki wrócić. 

Czytaj dalej

Page 1 of 1312345»10...Last »