Kompresor „Lodówkowiec”

Takich kompresorów było opisanych w różnych miejscach internetu cała masa, dlatego też przy tym moim skupię się jedynie na kwestiach, które mi sprawiły jakiśtam problem bądź nie mogłem znaleźć odpowiednich informacji. Ale najpierw bohater w całej okazałości:

Kompresor_1

Agregat wyciągnięty wraz z termostatem ze starej zamrażarki, bodajże „Pingwin”. Moc elektryczna 190W, wydajności nie sprawdzałem, ale nie jest zbyt duża. Do aerografu wystarczy, do używania tego jako narzędzia do przedmuchiwania już tylko dzięki zbiornikowi. Ciśnienie zaś… o, to jest czymś, co robi z lodówkowca całkiem interesujące urządzenie. Gdzieś wyczytałem, że agregaty lodówkowe dają radę do 35 barów. Nie wiem, ile w tym prawdy, ten konkretny z dopiętym na krótko zbiornikiem po małej gaśnicy (który okazał się absolutnie za mały) i manometrem nabił całość do końca skali manometru (16 barów) nawet nie zmieniając tonu pracy silnika, z pewnością dałby radę dużo więcej, ale wolałem nie ryzykować.

Ale do rzeczy:
1) Króćce. W konstrukcjach takich śmieciowych kompresorów dominują zaciskane opaskami wężyki. Na pewno ma to swoje plusy, tanie, proste, zależało mi jednak na czymś solidniejszym. Idealnym okazały się być szybkozłączki pneumatyczne „męskie”, w każdej castoramie do kupienia za kilka zł, lekko skrócone i rozwiercone osiowo do średnicy 8mm, nasuwają się elegancko na oryginalne rurki agregatu i można je na nich zalutować (palnik gazowy, nawet taki typu „pencil torch” wskazany), a po drugiej stronie mają gwint jaki tylko jest potrzebny.

Na zdjeciu strona ssawna:

Kompresor_3

Pierwotnie miał tu być wkręcony normalny filtr ssawny kompresora (też do kupienia za kilkanaście zł), ale ponieważ on dość mocno wystawał mi poza obrys urządzenia, skończyło się na samym króćcu wypchanym krążkami wyciętymi z płatków kosmetycznych podprowadzonych małżonce (tak, tych za „100$”). Przy okazji, jest możliwość wkręcenia tam złączki do „odbioru” podciśnienia, jeśli kiedyś będzie potrzebne.

Poniżej króćca jest widoczny „ogonek” kompresora służący w oryginale do nabijania instalacji. On był fabrycznie zaślepiony i mógłby tak zostać, ale był dość długi i bardzo mocno odstawał, przeszkadzając w dosuwaniu całości do ściany. Skróciłem do kilku centymetrów i zatkałem wlutowywując tam bolec z pręta mosiężnego.

2) wyjście ze sprężarki. Tu problemem było po pierwsze: dawać zawór zwrotny, czy nie dawać, po drugie: jak zrobić połączenie, żeby było rozłączalne. Ponieważ w planach miałem wykorzystanie choć części możliwości ciśnieniowych dawanych przez sprężarkę agregatu, stwierdziłem, że lepiej tu nie bawić sie w rzeźbę, kupiłem oryginalny zawór zwrotny kompresora, co dawało mi od ręki także i inne plusy, o których dalej.
Wyjście z agregatu:

Tu jest popełniona kicha,  której za chwilę napiszę więcej. Póki co jednak o samym połączeniu ze sprężarką: oryginalnie jest to przystosowane do łączenia z chyba rozkielichowaną miedzianą rurką. Miedzianej rurki nie miałem, pod ręką była mosiężna. Rozkielichowanie było sporym wyzwaniem. Próbowałem kielich rozwalcować na gorąco (palnik i rozgrzanie końca rurki do temperatury „prawie-że-świeci” przy pomocy kręcenia końcówką wiertła ciągniętego na boki). Dawało się, ale wychodziło niezbyt równo. Drugie podejście to było już wykorzystanie profesjonalnej walcarki 🙂

Zdjęcie zrobione niestety już po całej operacji, niemniej pokazuję je, żeby było wiadomo, o co chodzi. Odcinek rurki mocno zaciśnięty w uchwycie wiertarskim (do wnętrza rurki wsadziłem kawałek ciasno dopasowanego pręta, żeby jej nie zgnieść), koniec rurki rozgrzany, po czym na obrotach dociskany do łba śruby widocznej na zdjęciu. Efekt końcowy – jak profesjonalny kielich spod prasy 🙂

Całość zalutowana na rurce z agregatu, oczywiście po nałożeniu nakrętki z zacisku rurek fi10 z zaworka podumywalkowego (poniewierała się w szufladzie, trochę sfatygowana, ale przydała się). Między ten kielich a króciec zaworu dołożyłem jeszcze uszczelkę (jakaś wodociągowa, czarna guma), całość po skręceniu trzyma jak złoto.

3) Presostat. Oryginalne presostaty kompresora nie są drogie, ale tu taki presostat stałby się jednak najdroższym elementem całego wynalazku. Miałoby to co prawda pewne niewątpliwe plusy (dalej o nich napiszę), jednak na etapie planowania postanowiłem wykorzystać coś, o czym pisali inny twórcy lodówkowego kompresora: oryginalny termostat, ponieważ go miałem zachowanego z tej zamrażarki. Podłączony prowizorycznie (pneumatyką) okazał się działać jak trzeba (cykał znaczy przy pompowaniu), dał się przeregulować tak, by cykał przy 10 barach, pozostało więc go tylko podłączyć. Tu właśnie powstała wspomniana wyżej kicha: użyty zawór zwrotny ma z boku króciec, do którego wg zdjęć i oglądanych w sklepie presostatów fabrycznych jest podłączona rurka idąca do presostatu. Niewiele myśląc więc, podłączyłem do tego króćca swój presostat zrobiony z termostatu. Działało to z początku, więc tak zostało, niemniej jednak szybko się okazało, że króciec ten jest od strony sprężarki, nie zbiornika, jest to wyprowadzenie do odprężania sprężarki w dużych kompresorach (żeby silnik dał radę wystartować). U mnie jest to po nic, za to podłączony w to miejsce presostat mimo, że teoretycznie działa, dość często uruchamia się na krótką chwilę, ponieważ tak naprawdę nie pilnuje ciśnienia w zbiorniku, a w przewodzie tłocznym sprężarki, oddzielonym od zbiornika zaworem zwrotnym. Jest to niewątpliwy błąd, do poprawy. Kiedyś…

I na zakończenie rozdziału o presostacie jeszcze zła wiadomość dla ewentualnych naśladowców. Zła i o tyle dla mnie zdumiewająca, że wcześniej czytałem ileś relacji z budowy lodówkowca, których autorzy stwierdzali, że ot, termostat jako wyłącznik ciśnieniowy można wykorzystać, wystarczy przeregulować, mniodzio działa. Super! Ale czemu do ciężkiej anielki żaden z Was się nawet nie zająknął w temacie, że taki termostat wykorzystany jako wyłącznik ciśnieniowy działa na odwrót????? Znaczy, że pod wpływem rosnącego ciśnienia zamyka styki, nie zaś je otwiera? Rzecz nie jest barierą nie do przejścia, głupi przekaźnik wystarczy do odwrócenia działania (termostat/presostat steruje przekaźnikiem, ten zaś odpowiednią parą styków włącza agregat), niemniej miło by było, drodzy koledzy polecający takie rozwiązanie, żeby choć o tym drobiazgu się zająknąć, wtedy nie bawiłbym się w rzeźbę, tylko po prostu kupił fabryczny presostat.

4) Zbiornik. Pierwotnie chciałem użyć pustej kilogramowej gaśnicy samochodowej, bo akurat była pod ręką. Miało byc pięknie, kompaktowo, niestety taki zbiorniczek zachowywał się tak, jakby go nie było wcale. O wiele za mały! Uratowana gdzieś od złomowania 3kg butla gazowa (7l pojemności) okazała się być od biedy wystarczająca dopiero. Taka butla miała kiedyś atest wymagający od niej wytrzymania 25 barów ciśnienia, więc w kwestii bezpieczeństwa też jest dobrym wyjściem. Problemy z taką butlą są dwa:
– gwint. Jakiś stożkowy wynalazek, niekompatybilny z niczym. Jego początek pasuje jednak do typowego rurowego 3/8″, zatem mosiężny nypel redukcyjny 3/8″ na 1/2″ okazał się być dobrym wyjściem. Gwint butli starannie wytarłem z oryginalnego szczeliwa (trudne zadanie, dremelowa szczotka druciana dopiero dała radę zrobić to do czysta), a króciec wkręciłem na chama, posmarowawszy wcześniej obie strony poxipolem. Trzyma, szczelne.
– smród gazu. Rzecz niemal nie do pokonania, moja butla w stanie otwartym stała dwa tygodnie, cały czas śmierdząc przeraźliwie. W końcu za poradami z internetu zalałem butlę wodą i tak ją trzymałem przez kilka dni, codziennie zmieniając wodę i to jest chyba najlepsza metoda, smrodek gazu zniwelowała w 90%. W innych opisach widziałem, że koledzy malowali wnętrze butli farbą, może to by też była metoda, mi się po prostu już nie chciało.

5) orurowanie. Zrobione z tego, co pod ręką, zgrzewane PP ma tą zaletę, że jest megaszczelne i dość odporne na ciśnienie. Dalej zrobiłem z niklowanej armatury, bo miałem i zależało mi, żeby to, co sterczy pionowo było w miarę sztywne, ale to właśnie miejsce jest słabym punktem mojej konstrukcji. Mnogość połączeń gwintowanych sprawiła, że miałem mnóstwo problemów ze szczelnością. Pakuły, taśma teflonowa, pakuły z pastą – testowałem wszystko po kolei i wszystko „ciekło” jak rzeszoto przy 8 barach ciśnienia. Wyjściem okazał się anaerobowy klej do gwintów kupiony w kibelmarkecie za kilkanaście złotych. Użyty zgodnie z instrukcją zapewnił szczelność właściwie idealną, wynalazek napompowany do 10 barów i zostawiony bez zasilania po dobie miał ubytek ciśnienia rzędu ćwierci bara, a po kolejnej dobie już tylko o grubość wskazówki. Test z mydlinami nie wykazuje żadnego podejrzanego miejsca.
Ważnym i niezbędnym elementem orurowania jest zawór bezpieczeństwa. Tu nie ma co rzeźbić ani ryzykować, jedyne akceptowalne rozwiązanie to zakup fabrycznie nowego zaworu i wkręcenie go w instalację. U mnie zawór jest od biedy widoczny w głębi pierwszego zdjęcia oraz na drugim, zaraz za króćcem ssawnym. Zakupiłem zawór na 12,5 bara jako następną wartość po planowanym roboczym ciśnieniu 10 barów.

6) wyjście. Dość specyficzne, bowiem zrobione pod konkretne zastosowanie kompresora u mnie w warsztacie. Zasadniczo on ma stać pod biurkiem i zasilać zainstalowany przy biurku filtr-reduktor ze złączką do narzędzi, ale w razie potrzeby całość spod biurka można wyjąć i zastosować gdzie indziej, zakładając wtedy filtr-reduktor bezpośrednio na urządzenie, tak, jak jest to pokazane na poniższym zdjęciu (zdjęcie robione jeszcze przy połączeniach na teflon, w czasie testów, stąd farfocle na gwintach):

Od dołu wymieniając mamy:
– filtr-odwadniacz. Dałem go tak, żeby był, ale wychodzi na to, że jest niezbędny, już przy testach urządzenia okazało się, że wykrapla się w nim całkiem sporo rosy.
– manometr strony wysokiego ciśnienia. Chyba nie wymaga komentarza.
– szybkozłączka. Zasadniczo do dopinania filtra-reduktora (bądź instalacji biurkowej), ale w razie potrzeby można do niej bezpośrednio podłączyć narzędzie, ma się wtedy do dyspozycji bezpośrednio to, co w zbiorniku.
– filtr-reduktor. Mały, sprzedawany jako „do aerografu”. Fajny, niedrogi (37zł), z wygodną regulacją ciśnienia, ale wadą jego jest dość znaczne dławienie przepływu, tak więc sens stosowania akurat takiego małego jest dyskusyjny i zależny od wymaganych zastosowań. Do aerografu będzie ok, do przedmuchiwania też wystarczy, ale piaskarki (mowa o małej) czy pistoletu lakierniczego już chyba nie da rady (nie wiem, czy nie da, może nie mam racji, ale tak mi się wydaje, że te urządzenia wymagają większych wydajności).
– szybkozłączka za filtrem-reduktorem już jako ostateczne wyjście z urządzenia. Do tego dokupiłem mały, krótki wąż spiralny, bardzo wygodny, polecam.

PS: kompresor ten doczekał się zarówno awarii agregatu, jak i kilku przeróbek, o czym można poczytać tutaj.

 

email

2 Responses to Kompresor „Lodówkowiec”

trash_bin
Commented:  26 lipca 2015 at 08:26

Piękna rzecz i pewnie, w odróżnieniu od małych marketowców, dość cicha. Świetna robota 🙂

    O, dzięki za pierwszy komentarz 🙂
    Tak, kompresor jest cichutki, głośność ma typową dla starej lodówki, czyli bezszelestny nie jest, ale w prównaniu z „prawdziwymi” kompresorami – dzieli go od nich epoka. Głośność mierzona apką w telefonie, w odległości metra od pracującego kompresora: 42dB 🙂 Typowy kompresor z marketu zaś: 98dB

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przejdź do paska narzędzi