Składnica Złomu!

Wiecie jaki jest najwspanialszy, najlepszy i najbardziej rozwijający twórczo plac zabaw dla dziecka, które lubi majsterkować, regularnie miewa niesamowite pomysły oraz bardzobardzo fascynuje się budową różnych urządzeń? Składnica złomu! Jako dzieciak każde wakacje i każdy niemal dzień wolny od szkoły spędzałem u swoich dziadków, niedaleko których znajdowała się może nie tyle składnica złomu, co raczej ogromne, dzikie wysypisko śmieci, ale ponieważ bywały tam śmieci również i przemysłowe, obiekt ten był dość bliski ideału. Ech, te dziury w spodniach, plamy po oleju maszynowym na nowokupionej kurtce (olej był mocno zużyty, plamy nie sprały się nigdy), łapy wiecznie poparzone… długo by opowiadać 😀

Fascynacja tego typu miejscami i tym, co można na nich znaleźć została mi do dzisiaj, jedyne, co się zmieniło, to dużo mniej okazji do realizowania swego hobby (choć w czasie, gdy na Discovery emitowano cykl „Wojny na złomowisku”, moim marzeniem było wziąć udział w takim programie 🙂 ). Nie znaczy jednak, że się nie da, prawda?

Zepsuł mi się mój lodówkowiec, ten kompresor opisany tutaj, w dziale „Moje projekty”. W sumie, nawet nie za bardzo wiem, co się zepsuło, po prostu musiałem z niego spuścić ciśnienie, żeby coś przerobić, a potem już nie dało się go napompować, włączony jedynie leciutko dmuchał powietrzem zarówno z wlotu, jak i z wylotu, ewidentnie zawory mu szlag trafił. Co było robić, nowy agregat na gwałt potrzebny! Woziłem się z pomysłem dobrych kilka tygodni, aż wreszcie wykorzystałem luźniejszy dzień roboczy i pojechałem ot tak na składnicę złomu położoną niedaleko mnie, a którą poznałem jakieś siedem lat temu, poszukując m.in tamże swoich słupków ogrodzeniowych, skradzionych przez nieznanych sprawców. Słupków wtedy nie znalazłem, ale widziałem stojące tam stare lodówki, klimatyzatory, mnóstwo innych urządzeń… no raj po prostu! Zatem wczoraj przyszykowałem skrzynkę narzędziową, wypełniłem ją podstawowymi narzędziami destrukcyjnymi, wsiadłem w auto i jadę w ciemno, bo przecież co jak co, ale lodówki, zwłaszcza w dobie nowoczesnych lodówek, napełnianych nowoczesnym ekologicznym czynnikiem (i dzięki jego własnościom chemicznym, wytrzymujących do końca gwarancji i ani miesiąca dłużej), będą na złomie na pewno.

Pojechałem, ulica nieduża, skład złomu to nie kiosk ruchu, przegapić trudno, a tu… nie ma. Przejeżdżam ulicę raz, przejeżdżam drugi, już wolniej, patrzę uważnie… nie ma, nigdzie nie ma. Nie tylko lodówek nie ma, ale cała składnica złomu wzięła i znikła. W miejscu, gdzie jak mi się zdawało, była, resztki ogrodzenia stoją i bujna (zwłaszcza, jak na listopad) łąka rośnie. Ręce mnie opadli, przez chwilę chciałem sobie dać spokój, wracać do domu, a przy najbliższej okazji kupić jakiś promocyjny kompresor w sklepie, ale nie! Cytując klasyków, prawdziwego mężczyznę rozpoznaje się po tym, jak kończy, nie jak zaczyna! Pokonawszy w sobie chwilę słabości, stanąłem na poboczu, telefon w dłoń i szukamy: google maps, „skup złomu”, znalazło się kilka, dzwonię więc do pobliskiego, pytam, czy ma stare lodówki albo klimatyzatory.
– nieee, paaanie, tego to niee ma.
– a wie pan może. gdzie znajdę skład złomu, który coś takiego będzie miał na placu?  – nie przyszło mi w tym momencie do głowy, żeby konkretnie powiedzieć, czego potrzebuję, gdybym powiedział, prawdopodobnie oszczędziłbym sobie trochę czasu.
– panie, takich rzeczy pan nigdzie na złomie nie znajdziesz – słyszę dość zdumiewającą odpowiedź – to trzeba szukać punktów, które elektrośmieci przyjmują, na to uprawnienia trzeba mieć.
Cóż, wiadomo, Łunia rządzi, Łunia radzi, Łunia nigdy nas nie zdradzi, nowe przyszło, nie może być prościej, a robienie prostych rzeczy megaskomplikowanymi to łunijna specjalność jest! Co było robić, znów chwytam za telefon i szukam w internetach, gdzie w pobliżu jest firma od recyclingu sprzętu AGD. Znalazłem, dzwonię, pytam grzecznie, czy oni przyjmują lodówki i takie tam. Tak przyjmują. A czy pozwoliliby mi wymontować sobie u nich na placu z takiej lodówki coś i od nich odkupić? Jezusmaria…. reakcja pani po drugiej stronie słuchawki była mniej więcej taka, jakbym zaproponował jej współudział w wywołaniu EkoKatastrofy na Dużą Skalę. Telefon rozłączałem, jeszcze słysząc histeryczne wrzaski po drugiej stronie…

Cóż. Wychowany we wrogości do ekologii, stwierdziłem, że tak łatwo się nie dam spławić. Panienka zza biurka ekofiremki może wiedzieć swoje, ale jeśli ta firma zbiera takie rzeczy, to musi gdzieś mieć plac wypchany po brzegi zawartością wywołującą mokre sny u każdego majsterkowicza, a plac ten zapewne będzie dozorowany przez normalnych robotników, którzy podejście do ekologii mogą mieć o wiele bardziej praktyczne. Lokalizacja firmy była niedaleko, stwierdziłem, że zaryzykuję, przejadę się, może na miejscu prócz agregatu jeszcze coś fajnego się znajdzie i za niewielką opłatą da się pozyskać? Stara mikrofalka choćby (projekt zgrzewarki DIY czeka)? Pojechałem tam zatem  i niestety, znów zonk: firma jest, mieści się w pofabrycznym biurowcu podnajętym na biura różnym firmom, placu zaś ze snów, placu wypchanego lodówkami, mikrofalkami i automatami przemysłowymi ani widu ani słychu…
Podłamany zacząłem jeździć w okolicy, rozglądając się, bo może gdzieś mają bazę na uboczu, może znajdę. Bazy nie znalazłem, za to zobaczyłem mały, mieszczący się przy lokalnym dworcu kolejowym punkt skupu złomu. Brak lodówek był widoczny z daleka, po wcześniejszych rozmowach telefonicznych wiedziałem już, że nie powinienem się spodziewać niczego innego, ale w desperacji stwierdziłem, że zajrzę, spytam.
Na placu dużo klientów, same dziadki śmietnikowe, godzina była taka, że już ich pierwszy rzut po porannych wykopkach zdążył zjechać z wypełnionymi wózkami, ale udało mi się wyhaczyć funkcyjnego i pytam, mówię tym razem konkretnie że potrzebny agregat. Facet na to, że lodówek nie ma, ale jak sobie wejdę o tam, za tamtą szopę, to tam trochę agregatów leży, bo on z nich miedź odzyskuje (zapewne bez łunijnej koncesji to robi, dlatego za szopą), a jak sobie coś wybiorę, to mam się zgłosić.

Tak więc, co tu jeszcze pisać (zwłaszcza, że już i tak długawo wyszło). Gdzie Łunia nie da, tam zawsze znajdzie się jakiś bezimienny bohater w nieświeżych ciuszkach, który rękami własnymi gdzieś na śmietniku wydłubie, na rozklekotanym wózku przywiezie do skupu, tamże wymieni na równowartość Jabola, a mi podobni znalazłszy potem owoc jego trudu mogą poczuć się szczęśliwi. I tylko jedna, malutka prośba, bezimienny bohaterze, dostojnie roztaczający smród wokół siebie, jak następnym razem będziesz wycinał agregat z lodówki, nie urywaj rurek tuż przy obudowie, zostaw, kurna, choć po 10 centymetrów! Żeby nie trzeba było potem wieczoru spędzać przy tokarce i palniku, celem wykonania takiego oto dynksa, by w ogóle z takim trudem znaleziony agregat dało się wykorzystać:

Tenże dynks jest wykonany z kawałka pręta przewierconego osiowo (nie miałem odpowiedniej rurki), podtoczonego jednym końcu, żeby pasował w gniazdo rozwiercone w pozostałościach oryginalnej rurki, na pręt zaś jest nalutowana rurka robiąca właściwą średnicę zewnętrzną. Cały taki wynalazek należy następnie wlutować w agregat:

A dalej już prosto:
– nalutować króciec łączący z zaworem zwrotnym,
– popatrzeć co się zrobiło,
– pomyśleć chwilę,
– pokląć jak szewc pod nosem, wyzwać się od głupców i bezmyślnych idiotów,
– odlutować króciec
– założyć nakrętkę dociskową
– przylutować króciec ponownie, oczywiście już nie tak ładnie, jak za pierwszym razem.

I tyle, kompresor już prawie odtworzony, dziś go być może złożę do kupy.

PS: przy okazji przegrzebałem się przez tą składnicę złomu i wraz z agregatem kupiłem jeszcze prawdziwe cacuszko: bardzo na oko ładnie wyglądający zbiornik hydroforowy 50l. Do planowanego na wiosnę systemu nawadniania będzie jak znalazł 🙂

PS2: stary agregat zaś posłużył celom poznawczym. Jakby ktoś był ciekaw, co też ma agregat w środku, to u mnie niepowtarzalna okazja 🙂

(w lewym dolnym rogu zdjęcia widać zaś wspominany wyżej króciec do łączenia z zaworem zwrotnym, wraz z nałożoną nań nakrętką, o której sobie zapomniałem lutując go za pierwszym razem).

POST SCRIPTUM:

W temacie lodówkowca dwie sprawy doszły właśnie do dopisania:

  1. już wiem dokładnie, co się zepsuło w tym starym: zawory zwrotne są w nim zrobione ze sprężystej blaszki. I owa blaszka na ssawnym wzięła i sobie przerdzewiała. Tak całkiem i do imentu, języczek będący częścią ruchomą zaworu wziął i sobie odpadł.
  2. przy okazji powtórnego montażu uwagę mą zwrócił odwadniacz. Jakiś taki dziwny się zrobił, wcześniej przejrzyste tworzywo, nagle się zrobiło mniej przejrzyste, zwłaszcza na przegięciu obudowy:

Trochę szczerze mówiąc zbladłem, jak to zobaczyło, ja ten kompresor (non stop pod ciśnieniem) pod biurkiem trzymałem, siadając przy nim. Teoretycznie to powinno być bezpieczne, ale mimo wszystko… może dobrze, że się nie rozszczelniło w końcu samo. W internetach znalazłem, że tego typu odwadniacze są do aerografów i są z ciśnieniem maksymalnym do 8 barów (a roboczym jeszcze mniejszym), u mnie to stało tygodniami napompowane do 10 barów. Ech…

Nic, takiego samego nie wstawię, na taki z bocznymi króćcami nie mam w konstrukcji miejsca, zatem lodówkowiec po przeróbkach odwadniacza nie będzie miał wcale, będzie musiał wystarczyć ten zakładany na instalacji, przy reduktorze. A z czasem może pomyślę o takim przerobieniu orurowania, by jakiś odwadniacz jednak dorzucić. I jeszcze możliwość spuszczania wody u dołu, bo jednak dość sporo się jej zbiera.

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0147931
Visit Today : 132
Hits Today : 380
Total Hits : 541495
Who's Online : 1