Listonosz zawsze puka dwa razy. I takie tam.

Takie pokutują różne tzw. prawdy uniwersalne. Jak choćby wspomniana prawda przez jedną Agatkę uwieczniona, jakoby listonosz miał dwa razy zawsze pukać (co zresztą jest tym trzecim rodzajem prawdy wg podziału ks. Tischnera, bo nasz poprzedni listonosz na starym mieszkaniu dzwonił, walił, telefonował i jakby miał trąbkę pocztową, to na pewno by trąbił i na trąbce, obecny zaś jest strasznie nieśmiały, nie dzwoni, nie puka, w ogóle pokazuje się z rzadka i jak tylko może, unika kontaktu). Mówią też osoby doświadczone i/lub znające się na rzeczy, że sprawy związane z ogrzewaniem, w szczególności kotły grzewcze mają pewien ulubiony miesiąc, w którym się psują najczęściej. Mało tego, mają nawet ulubioną połowę tegoż miesiąca, w której się psują szczególnie często… Czy muszę pisać, o który miesiąc chodzi? 😉

Nasz kocioł, bezawaryjnie pracujący od pięciu lat (bo nie liczę drobiazgu w postaci alarmu płyty głównej, który znikł po resecie i od trzech lat się więcej nie pojawił) dziś postanowił do owej prawdy uniwersalnej nawiązać. Trochę co prawda z czasem przestrzelił, bo jeszcze pierwsza połowa grudnia, ale to młody kociołek, jeszcze się może na kalendarzu tak nie rozeznaje, inne kotły mu nie wytłumaczyły, albo cóś…
Wracam ja dziś po pracy do domu, wjeżdżam jak codzień do garażu, z tegoż garażu przez kotłownię idę do domu, a tam… kałuża. O, jaka wielka! Cóż, rozdziałem się z okryć wierzchnich, wziąłem szmatę, wiaderko, latarkę i robię śledztwo. Na czworakach, między ścianą a zbiornikiem CWU szukam miejsca przecieku, podejrzewając zawór bezpieczeństwa, tajemniczą rurkę przelewową wystającą u dołu kotła, złącza na rurach… długo nie szukałem, śledztwo skończyło się dość nagle, wraz z kolejną kroplą wody, która wpadła mi dokładnie za kołnierz. A za nią następna. I jeszcze następna. Wszystkie z czeluści kotła leciały.
Cóż, teoretycznie powinienem w tym momencie zadzwonić po serwis Junkersa (szykując parę stówek w portfelu), ale kocioł dawno po gwarancji, ja, nieskromnie mówiąc, technicznie dość zorientowany jestem, co mnie będzie jakiś Pan Heniek – gazownik po domu latał i się wymądrzał! Obudowa z kotła won (to już miałem obcykane, otwierałem ją podłączając kocioł do swojej instalacji el.), latarka w zęby i robimy śledztwa ciąg dalszy:

Wyszło mi, że kapie gdzieś z okolic tej pionowej, szarej kolumny stanowiącej wyciąg spalin czy jakoś tak. U dołu kolumny zaś znajduje się plastikowy syfon, którego druga strona jest podłączona do kanalizacji. Znaczy, tego, skropliny z gazowych spalin powinny się syfonować w syfonie i lecieć do naszego cudnego szamba. Zamiast tego lecą nam na podłogę, w ilości adekwatnej do prędkości kręcenia się licznika gazowego. Bliższe spojrzenie na syfon zdradziło, że jest on pełniuteńki. Raz, że wody, a dwa, że niemal w połowie, czegoś dziwnego. Trudno powiedzieć, czego, tyle wiem, że to było szare. Cóż, do tego fachowca wzywać nie musiałem. Kocioł wyłączyłem, syfon sobie wymontowałem i próbowałem przepłukać. Nie dało się, całkowicie niedrożny. Trzeba było sobie pomóc śrubokrętem, a potem nawet zakrzywionym drutem, w wyniku czego uzyskałem całkiem spora kupkę jakiejś srebrzystoszarej brei (i pojęcia zielonego nie mam, co to jest. Jakiś nagar ze spalonych zanieczyszczeń gazu?) oraz cztery młode, nieduże szerszenie. Które już naprawdę, ni cholery nie wiem, skąd się tam wzięły. Jeśli wykluczymy szerszenie-mutanty z opanowaną teleportacją i dziury w czasoprzestrzeni zostaje 9 metrów komina, którym szerszeń musiałby wlecieć pod prąd ze spalinami, potem skręcić w czopuch kotła, pokonać to, co znajduje się w tej szarej rurze (może to tylko rura, nie wiem) i na koniec utopić się w syfonie. Choć nie, przepraszam, jest jeszcze druga możliwość: mogły się wedrzeć do szamba, wlecieć do przykanalika, potem pionem do odnogi idącej do kotła, tam zanurkować w syfonie i pokonawszy go, w ten sposób przedostać się do wewnętrznego syfonu w kotle. Małżonka, której opowiedziałem o sprawie, skomentowała natychmiast, że ona przecież nieraz mi mawiała, że w różnych dziwnych miejscach domu jej coś podejrzanie bzyczy.

Mniejsza o szerszenie zresztą, śmiałość swą przypłaciły ceną straszliwą. Ja zaś… ja zostałem z syfonem (który nawiasem mówiąc dość wrednie się wyciąga, a jeszcze wredniej czyści) wyczyszczonym, wypłukanym i w pełni gotowym do kolejnych kilku lat (mam nadzieję) pracy. Oto i on, już po wstawieniu na miejsce:

I jako wisienka na torcie, bliżej nieokreślona (ale pewnie ponadstówkowa) kwota, która tym samym została w kieszeni. A cytując klasyków, mieć stówkę i nie mieć stówki to razem będzie dwieście. A takie dwie stówki w przedświątecznym okresie, w czasie, gdy żonę z dziećmi muszę wysyłać na poszukiwania złota, żeby budżet miesięczny jakoś dopiąć, to nie w kij dmuchał…

(znaleźli nawet jakieś grudki)

email
This entry was posted in , , . Bookmark: permalink.

3 Responses to Listonosz zawsze puka dwa razy. I takie tam.

no tak….. po co robić przegląd kotła co roku za 200-250 PLN???

nie ma to jak Polska – tu każdy zna się na wszystkim!!!! (czyli na niczym….)

Wiesz… takie mam hobby, że pewne rzeczy wolę zrobić sam. Nawet nie za dobrze, nawet ucząc się na własnych błędach, ale sam. Wolno mi, prawda?
Nie mam pojęcia, po co ten wtręt narodowy, ale jeśli Polska tak bardzo ci wadzi, to cóż… obywatelstwo polskie nie jest obowiązkowe.

bajcik
Commented:  14 grudnia 2015 at 01:02

Podobno każdy Polak jest lekarzem i elektrykiem.
Coś w tym jest – sam (podobnie jak blogotwórca) położyłem elektrykę, a żonka podpowiada lekarzowi jakie leki przepisać, jeśli ten się za długo zastanawia 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (1)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0123080
Visit Today : 18
Hits Today : 173
Total Hits : 451688
Who's Online : 1
Przejdź do paska narzędzi