Wpis historyczny nr 2

Ja przepraszam, ale ja muszę. Zainspirowany komentarzem Bajcika pod poprzednim wpisem i ogólnie ogarnięty nostalgią towarzyszącą porządkowaniem wraz z bratem domu po naszych dziadkach, stwierdziłem, że swoją dawną elektronikę jednak muszę uwiecznić. Muszę i koniec. Bo trzymał tego nie będę, prędzej czy później wyląduje ona tam, gdzie jej miejsce, ale chociaż te zdjęcia po niej zostaną.

Tak więc, proszę wycieczki, zakładamy kapcie filcowe, okrycia wierzchnie oddajemy do szatni i idziemy rządkiem, niczego nie dotykając, bo po łapach! I nie gadać tam jeden z drugim, słuchać!

  • Eksponat 1, niestety, bez daty, ale to była jakoś połowa mojej szkoły średniej (czyli późne 80te), moduł woltomierza na będącym wówczas szczytem marzeń układzie C520D. Zwracam uwagę na wyprowadzenia w formie pętelek z miedzianego drutu, oklejonych wokół distalem oraz na radzieckie rezystory MŁT.Strona druku, na której widać wspominane pod komentarzem Bajcika w poprzednim wpisie skutki obcinania brzegów ścieżek skalpelem. Prawda, że „prawie” jak współczesna płytka robiona termo czy chemiotransferem? 😉

  • urządzenie… jakieś. Datowane na rok 1990, za diabła nie pamiętam, czemu służące. Coś mi się ćmi, że to było jakieś narzędzie serwisowe, na 100% zawiera wzmacniacz akustyczny i wydaje mi się, że zawierało też generator sygnałowy, ale układ UL1321 jest typowym wykorzystywanym wtedy radiowym stopniem pcz, więc nie jestem pewien. Wydaje mi się też, że ta strona układu nigdy nie została ukończona, zapewne dlatego też nie pamiętam, co to było. Wzmacniacza jakiś czas używałem.
  • kolejny z układów – skarbów: zegar. Niestety bez daty, ale druga połowa 80tych to była. Zbudowany w oparciu o marzenie każdego ówczesnego elektronika, układ MC1201, który dawało się kupić jedynie cudem (albo na giełdzie elektronicznej), podobnie, jak wyświetlacze zresztą. Tu dwa zdania wyjaśnienia: mieszkałem wtedy w średniej wielkości mieście, miałem do dyspozycji trzy państwowe, raczej kiepsko zaopatrzone sklepy z częściami elektronicznymi i to co mi się udało zorganizować drogą handlu wymiennego. Najbliższa giełda elektroniczna w typie Wolumenu mieściła się jakieś 50km dalej i dopiero kilka lat później zacząłem na nią regularnie jeździć, wtedy jeszcze za młody na to byłem.Zegarek wykonany był w oparciu o zdobyte skarby oraz inne elementy pochodzące głównie z odzysku. Na uwagę zasługują widoczne na płytce tranzystory: pochodziły one ze zdemontowanych przeze mnie płyt pochodzących z komputera Odra, miałem ich całą puszkę po orzeszkach :)Osobną ciekawostką jest kwestia uruchomienia tego zegara. On działał! Działał całkiem nieźle przez jakieś 10-15 minut. Potem z konieczności przestał. Konieczność zaś była bardzo pilna i wynikała z pilnego musu wylutowania z płytki użytego do uruchomienia urządzenia kwarcu i powtórnego jego wmontowania do pamiątkowego długopisu z z zegarkiem i podrzucenia go z powrotem ojcu do szuflady, zanim tenże wróci z pracy 🙂 No co, był pilnie kwarc potrzebny, to sobie go pożyczyłem, za sprawą złej komuny nie byłem w stanie iść jak człowiek do sklepu i po prostu kupić. Kupno w czasach PRLu jakiegokolwiek kwarcu, na jakąkolwiek częstotliwość graniczyło z niemożliwością (a starsi elektronicy szeptem sobie powtarzali, że „oni” celowo kwarców nie puszczają do sklepów, żeby ludzie radiostacji nie budowali).

I na koniec, proszę wycieczki, dwie perełki będą.

  • Perełka pierwsza: ozdóbka studniówkowa. Wykonana w 91, tuż przed, a możliwe, że wręcz w przeddzień studniówki, ponieważ w ostatniej chwili pojawił się pomysł, że jako Technikum Elektroniczne, „elyta” naszego zespołu szkół zawodowych, na studniówce obejmującej bodajże trzy różne klasy, powinniśmy się jakoś wyróżniać. Zaproponowane zostały przypinki z literami TE, ktoś żartem rzucił, że literki powinny być z LEDów i migać. Dalej już było klasycznie: „kto nie zrobi, ja nie zrobię? Potrzymaj mi piwo!” 😉Litery miałem w klapie marynarki, przypięte przylutowaną do ścieżek agrafką, reszta wraz z baterią siedziała w kieszonce. Literki dostojnym rytmem wykonywały cykl:jedna litera, druga litera, obie, nic. Pamiętam, że na samej studniówce wielu kolegów wyrażało troskę o poziom naładowania zasilającej ustrojstwo baterii i związaną z tym konieczność uzupełnienia elektrolitu 😉
  • perełka druga wymaga pewnego wprowadzenia. W latach 90tych miałem CBradio. To były czasy, kiedy CB nie służyło do zadawania pytań w stylu „Mobilki, jak dróżka na Gdańsk?”, jego podstawowa rola w Polsce to była hobbystyczna zabawa, potem dopiero wyewoluowała ona do wczesnego zamiennika raczkującej dopiero telefonii komórkowej. CB było młodszym bratem normalnego krótkofalarstwa, obowiązywały podobne zasady, na ogół było grzecznie i kulturalnie, jajcarze zaś byli dość szybko pacyfikowani, taka „pysia pysia” dajmy na to miała by zapewne mordę obitą najdalej trzeciego dnia. CB wtedy było bardzo fajnym medium skupiającym grupki ludzi, rozmowy do późnych godzin nocnych, ogniska organizowane (bywało, że ad hoc) w sezonie… Fajnie było dokładnie do momentu, gdy CB stało się modne, zostało opanowane z jednej strony przez rzesze nudzącego się gówniarstwa, z drugiej zaś, przez liczne Grażyny, które miały FIRMĘ (spocznij!) i CB używały do koordynowania jej funkcjonowania, często nie przejmując się żadnymi zasadami.Problemem na CB była prywatność: rozmów mógł słuchać każdy, kto wszedł na dany kanał. Dlatego też już jako student wykonałem kiedyś koder rozmów do CB. Koder działał w oparciu o specjalizowany układ scalony, kodowanie rozmów odbywało się poprzez odwrócenie widma sygnału akustycznego (wysokie tony stawały się niskimi i na odwrót), a w wyniku jego działania normalna rozmowa stawała się czymś brzmieniowo przypominającym rozmowę dwóch Litwinów: mowa niby znajomo brzmi, ale za diabła nie da się zrozumieć.

    Osobnym pomysłem, związanym z posiadanym od niedawna pierwszym pecetem (386DX z 1MB RAMu i bez twardego dysku, DOS ładowałem z dyskietki, nawiasem mówiąc, odbywało się to dużo szybciej, niż start obecnych windowsów) był modem. Schemat znalazłem gdzieś w prasie elektronicznej (chciałem napisać „w necie”, serio, ugryzłem się w… w klawiaturę w ostatniej chwili), zrobiłem z ciekawości, jak się okazało, działał bardzo fajnie. Współpracując z CB umożliwiał bawienie się telegrafią „z klawiatury”, nadawane tekstu bądź danych z oszałamiającą prędkością 300bps (BITÓW na sekundę!) i stanowił niesamowite rozwinięcie posiadanego CB radia, zwłaszcza, że skądś zorganizowałem nawet jakieś programy wykorzystujące tego rodzaju modem.

    Zrobione dla siebie oba wyżej wymienione urządzenia pożyczyłem wtedy bardzo zainteresowanemu tematyką i święcie wierzącemu w me możliwości koledze, a sam wykonałem egzemplarz combo, 2w1, oba powyższe w jednej obudowie. Urządzenie to miało być dla kolegi właśnie (ja potem miałem zrobić dla siebie jeszcze wspanialsze, połączone z konwerterem na pasmo 2m) i stanowiło szczytowe osiągnięcie mej ówczesnej techniki 🙂

    Urządzenie miało nazwę wynikającą w prostej linii z mej wielkiej fascynacji ówczesną głową państwa (czy też raczej licznymi dowcipami o nim) i nieskromnie sobie stwierdzę, że wyszło nie najgorzej. Niestety, piękny początek zakończył się z mojej strony wielkim blamażem i całkowitą utratą wiary kolegi w me możliwości. Co się stało? Urządzenie robiłem pod moje CB, dopasowując je do jego konstrukcji, ono było podłączone wprost do elektroniki radia, poprzez dorobione na obudowie złącze. Z moim radiem działało świetnie, ponieważ u kolegi były te pożyczone mu prototypy, przez kilka dni wzbudzaliśmy w naszym okręgu sensację, gadając przez koder, a także doprowadzaliśmy innych CB radiowców do szału robiąc transmisje przez modem (dla innych słyszane jako głośne gwizdy i świergoty, robiliśmy to co prawda na jakimś postronnym kanale, ale… nerwów trochę było, bo „sialiśmy”). Po tych kilku dniach kolega przyniósł do mnie swoje radio, dużo lepsze od mojego, ze „wstęgami”, kilkoma „czterdziestkami”… Zrobiłem mu takie samo złącze, jak u siebie, urządzenie podłączyłem tak samo, święcie wierząc, że konstrukcja radia jest na tyle zbliżona, że będzie dobrze, w końcu wstęgi wstęgami, ale strona mcz (gdzie się wpinałem) to żadna filozofia. Niestety, myliłem się. Efektem było nieszczęście z gatunku dość grubych: spaliłem mu modulator…
    Cóż. Prawdziwe wynalazki powstają często w trudzie i znoju. Sorry, Tomek. Twe radio po prostu przyczyniło się do czegoś większego… 😉

 

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0144139
Visit Today : 33
Hits Today : 89
Total Hits : 529370
Who's Online : 1