Brukarstwo

Nie piszę nic, bo czasu nie ma. Wokół domu prace brukarskie ruszyły, a co za tym idzie ja na gwałt musiałem wykonać szkielet zaplanowanego na ten rok nawodnienia. No tak jakoś mi się wydało, że kolejność: najpierw rurki, a potem bruki będzie właściwsza, niż na odwrót 🙂 A ponieważ brukarze zaczęli pracę na już, nie pozostało mi nic innego, niż zabrać się za robotę równolegle z nimi.
Tak więc, kilka ostatnich dni miałem urlop, według wniosku „wypoczynkowy”. I wypoczywałem sobie, ze szpadlem w garści, w męskim towarzystwie, przy pomocy nieskomplikowanego języka z dość uproszczoną interpunkcją prowadząc filozoficzne dyskusje na różnorakie tematy  :mrgreen: a przy okazji robiąc swoje.

Bruki rodzą się… może nie tyle powoli, co długo nie widać efektów, bowiem, zwłaszcza przy skomplikowanym układzie, najwięcej czasu i sił zajmują same przygotowania. Praca jest cholernie ciężka i szczerze mówiąc, chybabym nie chciał w ten sposób na chleb zarabiać.
Kilka zdjęć dokumentujących postępy robót:

Jeszcze nie ubita opaska wokół domu. Na pierwszym planie załapała się wystająca z ziemi rurka nawodnienia 🙂

Nasze dzikie wino porastające zachodnią elewację, jeszcze w zimowym trybie (bez liści znaczy), za to już w zaczątku obramowań. Do środka pójdzie oczywiście lepsza ziemia, na ścianie cokołowej w tym miejscu też jeszcze nie ma okładziny ze sztucznego kamienia (co mam nadzieje, w tym roku się zmieni wreszcie, solennie sobie obiecuję skończyć wreszcie ten znienawidzony temat).

Teren przed domem, jeszcze tydzień temu porośnięty zieloną trawką (zeszłoroczna plus nowowschodząca już z tego roku), obecnie klepisko poprzekopywane rowkami z rurami, stratowane tabunami robotników, poznaczone śladami po licznych dyskusjach „jak to ma wyglądać” i miejscami przyozdobione wschodzącymi na całego tulipanami, które prace brukarskie mają obowiązek przetrwać pod groźbą zamordowania winowajców przez moją małżonkę.

I podjazd do garażu, z widoczną już jedną stroną obramowania oraz bohaterem bodajże czwartku: pokrywa włazu do szamba. Pokrywa owa nie była używana właściwie od momentu jej postawienia na docelowym miejscu. Czyli od dobrych pięciu lat ze sporym okładem. Szambo wybierane przez rurę zamontowaną w ogrodzeniu, pokrywa zasypana piachem, obrośnięta trawą… Niestety, skutek był taki, że przy próbie jej otworzenia stanowczo odmówiła współpracy. Podnosiła się do góry wraz z pierścieniem, stanowiąc wraz z nim monolit zespojony rdzą.
W ruch poszła nafta, cała flaszka. Pokrywa nawet nie drgnęła. Zacząłem obstukiwać klapę młotkiem od zadniej strony. Nic. Obstukiwałem mocniej. Nic. Wziąłem większy młotek. Też nic. Zacząłem…. no, walić zacząłem, tak zdrowo. Wtedy dopiero poszło. Solidnie poszło, niestety. Zarówno pokrywa oddzieliła się wreszcie od pierścienia, jak i zyskała przy dosłownie ostatnim walnięciu młotkiem zgrabny przedziałek, niemal po średnicy, od obrzeża do obrzeża.
Pierwsza myśl: telefon na skład budowlany, pokrywa żeliwna, „szejsetka”? Tak, mają. 230zł 
Druga myśl: zespawać. W końcu na obrzeżach się trzyma, pokrywa jest z boku, nikt po tym nie będzie jeździł nawet. Pojechałem do Leroja, kupiłem paczuszkę dziesięciu sztuk elektrod do żeliwa. 40zł. Wyrzucone w błoto, bowiem zużywszy dwie elektrody dowiedziałem się, dlaczego spawanie żeliwa uważane jest za spawalniczą wyższą szkołę jazdy. Kawałek spawu nawet udało się położyć, jednak spaw ów pękł niemal natychmiast po ostygnięciu, od naprężeń. Podobno, żeby to pospawać należałoby cały dekiel wstępnie równomiernie rozgrzać, a potem bardzo powoli studzić, też równomiernie.
Trzecia myśl, która naszła mnie w tym momencie: a możeby to podkleić? Normalnie wypełnić całą odwrotną stronę kompozytem z maty szklanej i epoksydu?
No i oczywiście pozostaje wyjście ostateczne: kupić nowy dekiel.

I na tym brukarzy póki co zostawmy, teraz będzie o nawodnieniu. Jak kilka lat zamieszkiwania w naszym lesie nam dobitnie pokazało, nawadnianie jest niezbędne. Ziemia u nas jest bardzo, BARDZO chłonna (nawet przy największych nawałnicach nie tworzą się u nas kałuże, wszystko wsiąka od razu i przelatuje do wód gruntowych nie zatrzymując się po drodze), dodatkowo wszelaką wilgoć z niej wypijają drzewa. Skutek jest taki, że z tego, co sadzimy mało co chce rosnąć. A nawet jeśli coś się przyjmie i rośnie, to wystarczy dajmy na to tygodniowy wyjazd wakacyjny w porze największych upałów, by pięknie wcześniej owocujący i dobrze się zapowiadający maliniak, niemal w całości szlag trafił. Stąd więc twarda decyzja z zeszłego roku: nawodnienie!

Rozeznawszy temat, poczytawszy mnóstwo poradników wymyśliłem, co następuje:

  • nie mamy strzyżonych trawników, więc nie potrzebujemy zraszaczy, możemy się ograniczyć do samej instalacji kroplującej jako najlepszej opcji dla innych roślin, nie będących trawnikiem. Zraszacze wymagają sporych przepływów, kroplowniki natomiast to jakieś pojedyncze litry na godzinę. Czyli całkiem sporo tego można naćkać w jedną rurę bez obaw o takie drobiazgi jak przepływ wody, czy wydajność źródła.
  • nie mamy zwartego ogrodu, tylko mniejsze i większe kępki roślinności porozsiewane po całej posesji. To niestety komplikuje instalację, bo do każdej takiej kępki trzeba sięgnąć rurą. Ergo: tych rur trochę będzie.
  • mamy na terenie posesji studnię wywierconą jeszcze na potrzeby budowy. Mam również pompę „ogrodową”, ale całkiem solidną. I mam wreszcie piękny, kupiony za grosze na złomie zbiornik hydroforowy, który jak się okazało przy dokładniejszych oględzinach jest w doskonałym stanie, nawet ciśnienie nad membraną trzymał cały czas. Czemu by więc tego nie połączyć razem i nie wykorzystać? Zwłaszcza, że w temacie zbiornika grzecznie stojącego sobie w kotłowni pod zlewem i nikomu nie wadzącego małżonka cały czas zgłasza mi uwagi, co i rusz pytając, kiedy to wreszcie jej zniknie sprzed oczu 😉

Studnia i cała kwestia zasilania w wodę była z tego wszystkiego chyba najbardziej pracochłonna, wymagała wykopania 15 metrów solidnego rowu:

W tle widać pompę podłączoną prowizorycznie i wykonującą płukanie studni, nieużywanej od pięciu lat. Ze dwie godziny pompowałem, z tego wszystkiego zapomniałem zmierzyć wydajność. Ale spora była, takim swobodnym, niedławionym wyjściem wiaderko 30l napełniałem w może z 10-15 sekund. Czyli minimum 6000l/h. Zdławione spadnie na pewno, ale bardzo mocno by musiało spaść, by był to problem.

Pompa z bliska, w stanie pobudowlanym, potem ją odczyściłem (obudowa z nierdzewki, więc nawet rdzawy zaciek zszedł).

I część studzienna instalacji na gotowo. Póki co rura ssawna wprowadzona do domu. Myślałem co prawda mocno o tym, by pompę zostawić w studni, ale ona nie jest znów taka głośna, a jej obsługa będzie jednak znacznie prostsza, gdy ją będę miał w piwnicy. Kiedyś, może ją zastąpię jakąś małą głębinówką, wtedy rura ssawna stanie się rurą tłoczną, a w intencji przyszłego zasilania takiej pompy, wraz z rurą do wykopu wrzuciłem i kabel YKY. Obok wystaje sobie kabel XTKMX, taki zwykły telekomunikacyjny żelowaniec. Miałem, to rzuciłem, może kiedyś się zrobi jakiś pomiar poziomu wody w studni, sterowanie spuszczaniem wody na zimę, czy coś… to będzie. (Sterownik studni – jak to brzmi… 😉 )

Sama instalacja nawodnieniowa już rozłożona, na razie jest to sam szkielet, rury fi20 zasilające w wodę i odnogi fi16 do miejsc, które mają być podlewane. Oczywiście rurka nie wystaje pod każdym krzaczkiem, zaplanowałem to tak, że jeśli gdzieś mam kępę roślin, choćby wspomniany maliniak, rurka wystaje gdzieś przy nim i od tejże rurki poleci sobie już po wierzchu ziemi rurka kroplująca z kroplownikiem co 33cm. Albo zwykła rurka z powbijanymi ręcznie kroplownikami, jeśli z jakichś przyczyn potrzebny będzie inny rozkład. Podlewane w końcu ma być to, co trzeba, nie? 😉
Cała instalacja jest podzielona na dwie osobne sekcje, ich rury „zbiorcze” wchodzą przez wykonany jeszcze w zeszłym roku przepust do piwnicy, tamże będę rzeźbił centralę podlewania. Ze sterownikiem, a jakże! Kabel idący w łąkę do przyszłego czujnika wilgotności gleby też już wkopany, czeka sobie na pomysł, jak taki czujnik wykonać. Nie jest to zapewne problem, kwestia pomiaru impedancji ziemi między elektrodami z materiału nieulegającego korozji, do zrobienia, muszę tylko w wolnej chwili poczytać. No i tak czy tak będzie to temat na przyszłość, podlewanie z początku będzie sterowane ręcznie.

 

 

 

 

 

email
This entry was posted in , , . Bookmark: permalink.

4 Responses to Brukarstwo

trash_bin
Commented:  8 marca 2016 at 20:19

Kurczę, tak czytam i czytam i nie pasuje mi coś… Wydawało mi się, że w DB pisałeś, iż nie będziecie mieć piwniczki. W końcu zrobiliście?
Bruki tak fantazyjnie będą ułożone, super. Teraz spokojnie w kapciach do skrzynki pocztowej będziesz mógł poczłapać, w szlafroku i z kubkiem herbaty, czy tam w niedzielny poranek gazetą sąsiadom pomachać 😉
No i teraz na kolejny sterownik trzeba cierpliwie poczekać, bo chyba nie powiesz nam, wiernym czytelnikom, że nie będziesz robić sterownika do nawadniania? 😉

    Wszystko się zgadza, dom nie miał mieć podpiwniczenia i nie ma w dalszym ciągu. Pomieszczenie szumnie nazywane przeze mnie „piwnicą” (spocznij!) to klitka pod schodami prowadzącymi z parteru na poddasze, zagłębiona w gruncie względem reszty domu o jakieś 80cm, dzięki czemu pod spocznikiem schodów jest tam jeszcze uczciwe 2m wysokości do sufitu, a nawet w najgłębszej czeluści pod dolnym biegiem schodów spokojnie jest miejsce. Np. na hydrofor 🙂
    Wejście do klitki jest w moim warsztacie (pokazywałem kiedyś w DB, drzwi z wygryzionym narożnikiem i takaż framuga) przez co miejsce w piwnicy jest całkowicie zawłaszczone przeze mnie. Trzymałem tam m.in. swojej produkcji piwo 🙂

bajcik
Commented:  13 marca 2016 at 13:50

Piekło zamarzło, Jarek.P nie robi kostki osobiście…

Jak to jest z tymi winoroślami, ściana nie robi się od tego zielona?

    Jarek.P
    Commented:  13 marca 2016 at 16:27

    Nieee, w życiu, pomijam już fakt, że nie mam zagęszczarki, bo można pożyczyć, ale za ciężka robota. I chyba nie dla jednej osoby. Samemu sobie pobrukuję jakieś drobiazgi bo z pół palety kostki zostało, ale to będą pierdoły, ubijane młotkiem zapewne.

    Od winorośli ściana się jak nakbardziej robi zielona, ale dzięki samej winorośli. Jeśli chodzi Ci o dośc popularny mit, że ściana się zawilgaca od tego, to nie, to jest 100% mit, nawet wręcz przeciwnie, winorośle ścianę wysuszają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0156500
Visit Today : 98
Hits Today : 199
Total Hits : 565287
Who's Online : 2