Historia jednego blatu

To, że w kotłowni ma być blat było wiadome od samego początku wszechrzeczy, małżonka sobie ten blat wymyśliła jeszcze siedząc nocami nad projektem naszej chałupy: 

No dobrze, może z rysunku nie wynika ten blat wprost, ale widać, gdzie pralka, gdzie zlew i po ich bokach są ścianki wspierające tenże blat – bo że tam będą ścianki z ładnej cegły też było wiadome od początku i od początku było wiadome, że na tych ściankach spocznie blat. bo blat w kotłowni potrzebny jest!

Niestety, z uwagi na to, że kotłownia ma dość niski priorytet w kolejce wnętrz do wykończenia, a niżej podpisany ma tylko dwie ręce, musi kiedyś spać, jeść, chodzić do pracy, zajmować się ważniejszymi sprawami, bądź choćby dla odmiany leżeć i nic nie robić (co jest też od czasu do czasu niezbędne, no nie oszukujmy się, nie da się non stop za…. chrzaniać), czekało to na swoją kolej długo. Najpierw w formie czysto „na odwal się”, po prostu stała sobie pralka i wisiał na ścianie zlew. Potem, mniej więcej w 2012r dobudowane zostały ścianki z cegły ręcznie formowanej:

Na zdjęciu widać jeszcze mocno pobudowlane klimaty: mnóstwo rzeczy ze statusem „na razie niech tu stoi”, wszechobecny pył… Ale są i świeżo wybudowane murki. I wtedy wydawać by się mogło, że już zaraz, za moment na tych ściankach spocznie blat. Niestety… 
Przede wszystkim, długo nie mogliśmy się zdecydować, jaki ten blat miałby być. Nie kuchenny z laminatu – tu byliśmy zgodni (znaczy… żona zdecydowanie protestowała, ja nie wnosiłem sprzeciwu 😉 – ale nie, bardziej serio pisząc, to jest kotłownia, tu bywa mokro, blat z laminatu nie miałby chyba przed sobą długiej kariery). Pomysły były różne i dłuższy czas było niemal postanowione, że blat będzie z betonu architektonicznego, nawet zacząłem robić próbki takowego, by poznać tajniki jego wykonywania. Niestety, raz, że okazało się to dość trudne, dwa, że kłopotliwe… pomysł tak jakoś upadł sam z siebie. 

Aż wreszcie, po sześciu latach, w pewnej restauracji uwagę naszą zwrócił blat baru restauracyjnego. Wykonany w formie grubej, drewnianej ramy, wypełnionej ładnymi płytkami ceramicznymi. I to było to! Spodobało nam się, postanowiliśmy skopiować. Płytki zostały wybrane zadziwiająco sprawnie, przyszedł czas na samą konstrukcję. Blat z ceramicznym wypełnieniem swoje waży, więc musiała być solidna. Przede wszystkim jednak, potrzebne było coś, co równomiernie przeniesie nacisk blatu na murki, wyrówna ich poziom i delikatnie podniesie, bo nietrudno na powyższym zdjęciu zauważyć, że pralka jest minimalnie wyższa (a przymurowanie kolejne warstwy cegieł zbyt mocno by podniosło z kolei całość). Zrobiłem to po prostu w formie ramiaka z drewna:

Wypoziomowane, tyłem mocowane do ściany, pionowymi kołkami związane z murkami, między drewnem a wierzchem cegieł dodana warstwa dylatacyjna z piankowej samoprzylepnej taśmy „głuszącej” do konstrukcji gipskartonowych. Na to przyszedł blat właściwy wykonany wbrew pozorom nie z żadnej paździerzówki, tylko z płyty MFP (takie OSB, ale z drobniej mielonych frakcji, od OSB różni się też większą wodoodpornością):

Wodoodporność deklarowana przez producenta wodoodpornością deklarowaną przez producenta, ja tam wolałem dmuchać na zimne, płyta została dodatkowo wraz z krawędziami zabezpieczona dwoma warstwami podkładu ftalowego do drewna:

Na styk ze ścianą poszedł rzecz jasna silikon (jakiś przypadkowy i niezbyt starannie profilowany, tego i tak nie będzie widać, miało być szczelnie i nic więcej). Na to poszedł jeszcze grunt, taki normalny „pod glazurę” i całość sobie schła, ja zaś zabrałem się za wykonanie drewnianej ramy stanowiącej właściwe obrzeże blatu. Technicznie rzecz biorąc miał to być po prostu kątownik. Tyle, że masywny. Kupić się takiego nie kupi, trzeba sobie zrobić. No ale od czego dość już porządnie wyposażony warsztat, prawda? 🙂

Porządna klejona kantówka 50×50 została najpierw za pomocą pilarki tarczowej zamieniona na surowy kątownik, potem zaś przy pomocy frezarki dolnowrzecionowej DIY, której budowę niegdyś tu opisywałem, a która przydaje się bardzo, dorobiłem kątownikowi stosowne profilowanie na zewnętrznych krawędziach:

Gotowe kątowniki zostały wklejone na swoje miejsce i po związaniu kleju (oraz zaokrągleniu narożnika) przerobione na obowiązujące u nas w domu wybarwienie elementów drewnianych 🙂 Z racji przeznaczenia blatu (szurające po wierzchu miski z mokrym praniem itp.) nie użyłem do tego lakierobejcy, tylko zrobiłem to podobnie, jak gdy wybarwiałem schody: bejca na surowe drewno, a potem lakier poliuretanowy „parkietowy”, nakładany wałkiem w trzech warstwach. Na zdjęciu – bejcowanie w toku 🙂

Na osobny akapit zasługuje ceramika. Na zdjęciu powyżej widać już pocięte na gotowo płytki, a ja o tym ani słowa. Już nadrabiam zatem 🙂 W blacie będącym naszą inspiracją płytki były małe, rustykalne, takie typowo kuchenne (i podobno od dawna „niemodne”, cokolwiek to słowo przy wykańczaniu wnętrz miałoby znaczyć) 10×10. Takie płytki by się elegancko ułożyło, zafugowało i by były. To by jednak u nas było za proste, a my w Domu w Lesie, jeśli możemy zrobić coś w sposób mniej prosty,oczywiście to w ten sposób właśnie robimy 😉 Zatem, gdy wybieraliśmy płytki, sam znalazłem, sam wskazałem palcem, że „te!” – wielkie, udające rustykalne dechy płytki z grubachnego gresu, wymiar płytki 90x15cm. Każdą płytkę trzeba było więc ciąć, dodatkowo w dwóch z nich wyrabiać podcięcia na zlew… Ale, hmmm… nieskromnie sobie tu napiszę, że w wycinaniu w twardym gresie wzorków i finfidluszków po prostu „ślifierkom” z ręki, to ja już mam takie doświadczenie po innych pracach glazurniczych, że takie łuki to już czysta zabawa była. Tylko w garażu to musiałem robić, eksmitując samochód, bo na zewnątrz wtedy zima szalała, a przy takim szlifowaniu pyli się straszliwie, niestety. I ponieważ ten gres był dużo grubszy od wszystkich, które miałem przyjemność ciąć do tej pory, stanowisko do pracy sobie zrobiłem trochę bardziej komfortowe:

Ułożenie samych płytek też zostało starannie zaplanowane, widać po tym ślady na wcześniejszych zdjęciach, odrysowane na blacie miejsca na płytki, numerki – tu nic nie było przypadkowe 🙂 Ostatnia przymiarka już przyciętych płytek, jeszcze przed bejcowaniem drewna, rama w trakcie klejenia, widać też niezaokrąglony narożnik:

Płytki kleiłem gotowym klejem „z wiaderka”. Najpierw widocznym na którymś zdjęciu Soudalem 25A, ale okazał się zbyt lejki, on jest klejem bardzo cienkowarstwowym, a ja przewidziałem warstwę kleju 4mm pod płytką, potrzebowałem czegoś gęstszego. Soudal zatem został zeskrobany i schowany do kubełka (przyda się, jeśli przetrwa), ja zaś zakupiłem Kreisel 111 – o i ten był dokładnie taki, jak trzeba. Też gotowiec w kubełku, też na trudne podłoża, z wysoką dyspersją, ale gęstszy, ładnie się układający pod grzebieniem, dokładnie to, co trzeba. 

Na wyschnięte już płytki po kilku dniach przyszła fuga (epoksyd oczywiście). I po dobie wystarczyło jeszcze tylko zamontować powtórnie zlew i blat był już gotów 🙂 

 

 

 

 

 

 

 

email
This entry was posted in , . Bookmark: permalink.

8 Responses to Historia jednego blatu

Bajcik
Commented:  30 marca 2018 at 18:09

Fota nr 2 nie działa.

trash_bin
Commented:  31 marca 2018 at 14:04

Blat wygląda super, ale jeśli mam być całkiem szczery, to taka śliczna, gładziutka i nieskazitelna rama drewniana nie za bardzo mi pasuje do tych płytek i cegieł 😉 Rany, chyba pierwszy mój komentarz tutaj, gdzie miałem okazję wyrazić opinię zabarwioną odrobinę mniej entuzjastycznie 😀 Dla złagodzenia efektu dodam tylko, że bardzo mi się podoba ten zlew. Do warsztatu taki chciałem kupić, ale ceny są jakieś chore :/

    Mówisz, że trzeba było tą ramę po zamontowaniu potraktować szczotką drucianą, potem szczotką szlifierską, może jeszcze perhydrolem po drodze, a przed bejcą użyć palnika? A jeszcze może krawędzie robić ne frezarką, a toporeckiem i kozikiem? Hmmmm…..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0153341
Visit Today : 107
Hits Today : 269
Total Hits : 556682
Who's Online : 3