gdy Dom tęskni…

Zorganizowaliśmy sobie z rodziną w tym roku wakacje. Takie z prawdziwego zdarzenia, na południu Europy, w malowniczym kraju, którego drogi składają się w 99% z zakrętów, wzniesień oraz spadków (w dowolnych konfiguracjach), a odkryty w trakcie któregoś przejazdu jedyny dwukilometrowy odcinek, który był nie dość że płaski, to jeszcze był w linii prostej, wywołał mój wybuch śmiechu i komentarz, że to chyba jakaś droga doświadczalna. Ten blog jest raczej techniczny, nie turystyczny, więc tematu wakacji nie będę ciągnął, dla udekorowania wpisu dodam jednak znalezione w internecie zdjęcie pokazujące bardzo typową dla Czarnogóry jakąś losową drogę, chętnych zaś zapraszam do ciągu dalszego, już w tematyce DomowowLeśnej 🙂

http://esc.albaniaenergy.org/en/2017/03/18/fshzh-hap-tenderat-per-10-projektet-qe-kushtojne-82-mln-euro-acp-17-03-2017/dr-lorenc-gordani-n00094/

Źródło

W domu nie było nas… niemal trzy tygodnie. Do wyjazdy wszystko oczywiście było dopięte na ostatni guzik, woda odcięta, zbędne odbiorniki energii elektrycznej wyłączone, automatyka działa, instalacja alarmowa działa, monitoring działa, ogródek się podlewa automatycznie, roleta w oknie co rano się podnosi, co wieczór opada, symulując przy okazji obecność domowników, no mniodzio po prostu.

Sielanka trwała około tygodnia. Po tygodniu: alarm. Pobudzenie jednej czujki, zlokalizowanej dokładnie w środku domu, bez żadnej możliwości dostania się w jej pole widzenia bez aktywacji choćby innych czujek (przynajmniej póki realnie nie zaczniemy rozpatrywać sztuczek typu przenikanie przez ściany). Monitoring wykazał, że w domu cisza i spokój, a ponieważ ta czujka już kiedyś wygenerowała nam fałszywy alarm, postanowiłem solennie wymienić ją po powrocie na lepszą i o sprawie zapomniałem. Na całe dwa dni. 

Po owych dwóch dniach: telefon od naszego providera internetowego: „u państwa jest awaria internetu, zerwany światłowód, kiedy możemy się umówić na naprawę?”. Gdzie ów światłowód został zerwany – nie mam pojęcia, zespawano go bez mojego udziału, ale przy okazji przebudowano ten fragment sieci, przełączając mnie i moich sąsiadów do innej infrastruktury, co wiązało się niestety z koniecznością wymiany terminala ONT u mnie w domu. Albo bardziej po ludzku mówiąc: nie mogli mi przywrócić internetu, póki nie wrócę do domu. 
Trudno się mówi, tu nie chciałem fatygować sąsiadów (zaprzyjaźnieni, na czas naszej nieobecności mieli do nas klucze), stwierdziłem, że wytrzymamy jakoś. Co prawda bez internetu do monitoringu nie miałem już dostępu, no ale alarm działa, damy radę. Nie byłem co prawda pewien, co będzie z nawadnianiem (zrobiłem je tak, że podlewanie ogrodu jest uzależnione od aktualnej prognozy pogody, pobieranej przez komputer nawadniania na bieżąco z internetu (serwis Weather Underground) i krótko mówiąc, jak jest mokro i deszczowo bądź zbyt zimno, to nie podlewa), jak domoticz podejdzie do braku prognozy, ale ponieważ wiedzieliśmy, że w Polsce w tym czasie temperatura rzadko kiedy przekraczała kilkanaście stopni, a lało właściwie codziennie, to i nie był to wielki problem. Machnęliśmy ręką, postanowiliśmy przetrzymać.

Prawdziwa zawierucha rozpoczęła się dokładnie w dzień naszego wyjazdu z Czarnogóry. Niedziela, godzina 7:00 – zadzwonił budzik. Zabiłem budzik. Godzina 7:01 – zadzwonił telefon. Sięgnąłem ręką, by zabić telefon. Wcześniej jednak, mamrocząc pod nosem brzydkie wyrazy spojrzałem na wyświetlacz, kto dzwoni do nas o godzinie, której kulturalny człowiek nawet nie powinien wymawiać w połączeniu ze słowem „niedziela”. Spojrzałem i następny brzydki wyraz wykrzyknąłem już całkiem głośno, wyskakując przy tym z łóżka i wprawiając w panikę małżonkę. Ja zaś, również z rosnącą paniką obserwowałem na telefonie przychodzące kolejno SMSy od naszej instalacji alarmowej, których kolejność była całkowicie logiczna i oczywista, począwszy od zabezpieczeń w kotłowni (gdzie mamy drzwi „gospodarcze” na zewnątrz), dalej zgłaszały się kolejne pomieszczenia wzdłuż całego domu, z salonem, a następnie czujką „udarową” na oknie tarasowym skończywszy. Pierwsza myśl i pierwszy wniosek były oczywiste: kto się włamał przez drzwi gospodarcze i lata nam po całym domu. Byłby to zresztą scenariusz zgodny z włamaniami, które już były w naszej okolicy (włam „5 minut”: wchodzą na chama rozwalając drzwi/okno łomem czy siekierą, alarmem się nie przejmują, biegiem oblatują mieszkanie, łapią wszystko co cenne z oczywistych miejsc i uciekają, zanim agencja ochrony nadjedzie), więc tego, co się dzieje, byliśmy właściwie pewni. 
Oczywiście od razu zaczęliśmy działać, przede wszystkim stawiając na równe nogi sąsiadów. Ci polecieli sprawdzać co się dzieje, mnie zaś w tym momencie ogarnęły wątpliwości. Owszem, smsy, które odebrałem ułożyły się w zgrabną ścieżkę, ale byłoby to dziwne. One schodziły dosłownie co sekunda i dokładnie po jednym pobudzeniu z każdej czujki więc ktoś by musiał naprawdę szybko przebiec przez cały dom, w każdym pomieszczeniu, włącznie z tymi przechodnimi pokazując się tylko raz i po góra kilku sekundach od wejścia, wyjść rozwalając okno tarasowe. To by może było wykonalne dla Diabła Tasmańskiego z kreskówki, ale dla złodzieja już nie bardzo. Po chwili zresztą i oddzwonili sąsiedzi, że u nas na posesji cisza i spokój, a drzwi gospodarze, od których jakoby się włam zaczął nawet pajęczyną są zarośnięte i nie ma możliwości ich otworzenia bez jej naruszenia. Zatem „coś” musiało się stać z alarmem, ale nie wiadomo co, bo bez internetu nie mogę się nawet doń podłączyć, by logi sprawdzić. Dostępu do kamer też nie mam, więc nawet podejrzeć nic nie mogłem, by się upewnić, że wszystko ok.

Co było robić, sąsiadom podziękowałem, przepraszając za pobudkę, a my wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w drogę. Daleką, obliczoną na trzy dni, w domu więc zawitaliśmy dopiero we wtorek wieczorem. Włamania oczywiście nie ma, w domu wszystko w porządku. A co się stało z alarmem? Ano, to też okazało się prostą zagadką: winna była moja automatyczna roleta. A raczej nie sama roleta, bo ta działała niezawodnie, a dołączony w jej elektronice kondensator przeciwzakłóceniowy, którego rolę pełnił chiński tantal. Nowy element, użyty zgodnie ze sztuką, napięcie pracy dobrane z odpowiednim zapasem. No i niestety, wziął i pier…dzielnął, i to, sądząc po śladach wewnątrz obudowy rolety, ze sporym hukiem, po czym jego zwłoki zaczęły robić mi zwarcie. Zlokalizowane na zasilaniu, a to było brane wprost z instalacji alarmowej. Szczęśliwie centrala alarmowa potrafiła sobie z tym poradzić na tyle, że nie wzięła i nie umarła, tylko po prostu odcięła zasilanie elementów zewnętrznych, niemniej wcześniej alarm od tego wszystkiego poszedł. i to by było na tyle.
Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co się stało. Roboczo obstawiam marną jakość kondensatora zakupionego na aliexpress (może jego napięcie pracy 16V było tylko pobożnym życzeniem, a nie realnym parametrem?), ale pisząc te słowa wpadłem też na pomysł przepięć produkowanych przez silnik rolety, przekraczających napięcie maksymalne kondensatora? Rzecz do podrążenia jeszcze…

Wnioski:
1) zorganizować jakiś backupowy dostęp do internetu. No niestety, przy pewnym stopniu nasycenia automatyką, IOT (Internet Of Things) i tym podobnymi, dostęp do netu staje się równie ważny. jak powietrze. 
2) roletę przełączyć jednak na niezależne od alarmu zasilanie. 
3) nie zostawiać domu bez opieki na dłużej. Dwa tygodnie to max, co dom wytrzyma, choć już zapewne będzie jakieś sygnały wysyłał. Dłużej – nie!

 

email
This entry was posted in , . Bookmark: permalink.

4 Responses to gdy Dom tęskni…

Rysiek
Commented:  5 września 2017 at 17:10

Stary mam to samo 🙂 Nie wyjeżdżam co prawda na długie wakacje ale zimą zawsze ze 2 razy mam scenariusz: Jadę do rodziny na 3-4 dni. W połowie wyjazdu sms z ochrony „w Pana budynku nie ma zasilania”. Notoryczne problemy z zasilaniem na wsi 30 km od stolicy 40-milionowego kraju. Oczywiście proszę sąsiada o podejście i sprawdzenie czy nie ma śladów ale to co mnie naprawdę martwi to to czy Viessman podejmie normalne grzanie po resecie. Wielokrotnie zdarzyło się że z jakichś powodów zapalał kwa! swojego czerwonego Leda sygnalizującego awarię.
Jestem na to wyczulony bo przeżyłem już zamarzniecie i pęknięcie rury wodociągowej. A ściana zewnętrzna którędy wchodzi rura do kotłowni (oczywiście od północy) przy mrozie ok. -10 wychładza się poniżej 24 h do zera.

bajcik
Commented:  7 września 2017 at 13:35

* zakręty pięękne!

* SMSki mogą się kolejkować po drodze i potem przyjść lawinowo (no ale komu jak to piszę 😉 )

* automat roletowy: Chińczycy to już chyba trzeci kontener podróbek zawracają na poprawki. Najpierw chłodzenie, potem silnik, teraz kondensator.

* niezależnie od alarmu, to możnaby jakiegoś smartfona uruchomić, niech śle MMSy po otrzymaniu żądania SMSem albo po wykryciu ruchu. Nawet gdyby go ktoś ‚pożyczył’ to zrobi zdjęcia i powie gdzie jest.

* Spostrzeżenie: im bardziej zautomatyzowane nasze domy, tym bardziej trzeba się nimi opiekować. Kiedyś swoją chatkę można było zostawić i sobie poradziła. Co poszło nie tak?

    Zakręty faktycznie piękne, widoki z tychże zakrętów jeszcze piękniejsze, ale po dwóch tygodniach odczuwałem już nimi pewien przesyt 🙂 A gdy pewnego dnia nawigacja mnie poprowadziła nie drogami pierwszej kategorii (jak na powyższym zdjęciu – tak, to jest jak na czarnogórskie standardy właściwie autostrada), a podrzędnymi, na wskroś przez pasmo górskie, ja za kierownicą naprzemiennie się śmiałem i kląłem w żywy kamień, małżonka zaś miała napady paniki 🙂

    Automat roletowy – no jakiś taki pechowy ten projekt. Co więcej, z rozmyślań mi wychodzi, że jednak temperatura mogła się przyczynić i do tej ostatniej awarii – znalazłem googlem, że tantale są mało odporne na przegrzanie. Co prawda nawet we współczesnym sprzęcie PC takie same tantale grzeją się do jeszcze wyższych temperatur i jakoś działają bez przeszkód, ale widać ten mój jakiś pechowy był. No nic, się zobaczy…

    Alarm – smsy się właśnie zakolejkowały i szły kolejno co sekunda, potem z logu alarmu wyczytałem, że wszystkie pobudzenia wystąpiły naraz. Smartfon – ciekawy pomysł, ale nie wiem, czy mając aktywną kartę SIM nie wolałbym z niej jednak backupowego łącza internetowego zrobić. Właściwie już bym leciał do salonu kupować jakiegoś prepaida z tanim internetem, gdyby nie fakt, że chyba wszyscy providerzy GSM przycinają porty i właściwie nic prócz oglądania internetu na takim łączu się nie zrobi. A w tym momencie i tak ani do alarmu się nie dostanę, ani do domoticza…

    A co do spostrzeżenia – cóż, ktoś kiedyś powiedział, że dowolna technologia przy pewnym poziomie zaawansowania staje się nieodróżnialna od magii. A jeśli zaczniemy rozmawiać o magii, to musimy być konsekwentni: biała magia, czarna magia, wiedźmy, uroki… Może przed wyjazdem na wakację powinniśmy jakąś ofiarę złożyć? Nawet niekoniecznie z białolicej dziewicy, ale może choć baranka? Albo weźmisz czarno kure?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2017 (19)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0109316
Visit Today : 52
Hits Today : 101
Total Hits : 401998
Who's Online : 1
Przejdź do paska narzędzi