Pourlopowo

Uprzejmie informuje się, że wbrew krążącym podejrzeniom nie zostałem aresztowany w wyniku niedawnego wpisu n/t mojej subiektywnej historii telekomunikacji, przydługa przerwa w prowadzeniu strony nie jest również spowodowana przez owych kolegów, których nie znam, wspominanych tamże. Sprawa jest prosta: urlop miałem. Urlop był wypoczynkowy, więc oczywiście rano (rano! Hejnał w radiu naprawdę nie jest wyznacznikiem pór dnia!) brałem się za robotę, a wieczorem padałem na twarz i nie w głowie mi była pisanina. Do historii telekomunikacji jeszcze wrócę, póki co zaś małe podsumowanie zmian wokół Domu w Lesie.

Po pierwsze – taras. O ten, to się posunął. Przygotowaną powierzchnię pokazywałem wcześniej, teraz zaś przyszedł czas na płytki. O ile zasadnicza jego płaszczyzna została zapłytkowana w trymiga:

Tak rzecz jasna i niejako tradycyjnie u nas, trochę więcej czasu trzeba było poświęcić półokrągłej części tarasu. Na szczęście docinanie gresu po łuku prowadzoną z ręki szlifierką mam już przećwiczone do perfekcji, więc to nawet nie było problemem, gorzej jednak było z samym zarysem łuku, który owego łuku za diabła nie przypominał, bardziej był to… ponacinanodeskokąt. No taka figura geometryczna która powstaje z ponacinania piła łańcuchową deski i jej późniejszego wygięcia w łuk. Precyzyjne pomiary przy pomocy dociśniętej cegłą deski, sznurka i kredki świecowej podprowadzonej dziecku (do mazania po betonie idealna, głównie z powodu, że choć ściera się jeszcze szybciej, niż ołówek, nie trzeba jej co i rusz strugać) wykazały, że ponacinanodeskokąt od regularnego półkola odstaje miejscami nawet o 5cm. Co było robić? Szlifierka w dłoń, szybkie płaskorzeźby w newralgicznych miejscach, dodatkowo jeszcze rządek wkrętów, którymi sobie skalibrowałem grubość dokładanej warstwy:

Na to poszedł grunt, a potem „zaprawa wyrównawcza”. Uprzedzając pytania – identycznie formowałem profil schodów z przodu, trzeci sezon już nic się z tym złego nie dzieje, więc myślę (mam nadzieję), że i tu będzie ok.

Dalej już było łatwo: od góry płytki cięte po łuku, od boku sztuczny kamień:
Teraz pozostało wkleić jeszcze obrzeże z listwy aluminiowej. Trochę nietypowo, bo zwykle takie listwy klei się wraz z glazurą, tu jednak krawędź glazury wisi nad sztucznym kamieniem, którego krawędź ma być ładna, a nie zasmarowana klejem na równo. Wybrałem więc trochę inną technologię: po przyklejeniu płytek jak widać, zrobiłem pod nimi podcięcie na głębokość umożliwiającą montaż listwy, tą wkleiłem na dobry klej montażowy i od razu „podmurowałem” fugą. Fuga od sztucznego kamienia jest robiona na bazie trasu, sama w sobie stanowi twardy i mocny materiał do murowania, raczej nie ma mowy, by się wykruszała. Nieodczyszczony jeszcze fragment robót:

Zapałki robią dystans do wciśnięcia fugi między listwę alu a krawędź gresu. Na chwile obecną mam zrobione połowę tej listwy i około 2/3 fugi na powierzchni. W trakcie fugowania dzieci znów miały zakaz wchodzenia na taras, czego Łajza oczywiście nie omieszkał odpowiednio oznakować. Ostrzeżenie publikuję i tym razem chyba nie ma mowy, by ktokolwiek odgadł, co dziecko napisało. Ja wiem, ale tylko dlatego, że spytałem (żebyście widzieli to oburzone spojrzenie, że jak ja mogę w ogóle pytać, co ja czytać nie umiem????), ale zagadka jest trudna, uprzedzam, bo dziecku się kilka liter pomyliło z innymi, kilka innych zaś w twórczym zapale w ogóle pominął 🙂

 

W międzyczasie mieliśmy kolejny najazd (nalot?) os, tym razem zrobiły gniazdo w podbitce. Do sprawy podszedłem już rutynowo, po doświadczeniach z gniazdami szerszeni takie osy to dla mnie nie przeciwnik. Poczekałem do zmroku, na wszelki wypadek ubrałem się odrobinkę cieplej:

Trzymaną w ręku „Gaśnicę na osy i szerszenie” doposażyłem w kawałek rurki, po czym po prostu wetknąłem ta rurkę w wylot gniazda. I uruchomiłem. W podbitce rozległ się ściekły bzyk, parę os nawet wyleciało, ale po zmroku one były na tyle zdezorientowane, że ewakuowałem się do domu bez pośpiechu, nawet bez problemu drabinę złożyłem i schowałem. Tak to wyglądało dnia następnego (a ja bynajmniej nie reklamuję producenta gaśnicy, choć gdyby producent był tak łaskaw, to kontakt ze mną – u góry strony 🙂 ):

Gaśnicę usunąłem, otwór na wszelki wypadek od razu zasilikonowałem. Przez cały dzień latały mi tam jeszcze jakieś pojedyncze osy, które najwyraźniej z delegacji wracały i szukały domu, biedne…

Druga robota, wykonana niejako przy okazji, bo miałem dosyć pracy na klęczkach, to pergola nad śmietnikiem. Planowana od zarania dziejów, cały czas spychana na dalszy plan, ale materiał na nią przechowywany zaczął się coraz mocniej wykruszać, trzeba było coś z tym zrobić. Przestrugałem więc całość, wybrałem te jeszcze niezbutwiałe egzemplarze i po zaimpregnowaniu zrobiłem taką oto pergolę:

To zapewne ostatnie chwile, gdy ta pergola jest widoczna, dzikie wino bowiem rozrasta nam się w tak szalonym tempie, że za chwilę już będzie tam tylko lita zielona płaszczyzna. I tak właśnie miało być!

Piszę sobie tutaj „ja to, ja tamto”, ale przecież nie tylko ja miałem urlop wypoczynkowy. Gościła u nas przez kilka dni rodzina, od dłuuugich lat hobbystycznie zajmująca się ogrodnictwem i w związku z tym, wystąpili oni u nas jako eksperci. A potem, wraz z małżonką mą odwalili kawał roboty (dziękujemy!) z pieleniem i ogarnianiem naszych areałów, bo wstyd przyznać, ale zarośliśmy trochę 🙂 Coś zresztą z tym trzeba będzie zrobić, bo odkąd roślinność u nas jest nawadniana, wszystko rośnie w takiej skali, że gdzieniegdzie stało się to problemem. Co zresztą widać na zdjęciu powyżej, furtka jest aktualnie odsłonięta, bowiem sumaka rosnącego przed ogrodzeniem podwiązałem (dyskretnie się przy tym pozbywając jednej gałęzi, która mi się wzięła i „niechcący” złamała), a dzikie wino solidnie przyciąłem, kilka dni wcześniej jednak, dostawca pizzy, który do nas przyjechał w godzinach wieczornych, krążył był gdzieś w okolicach bramy gospodarczej, bo furtki najzwyczajniej w świecie nie zauważył, co potem mi obwieścił, bardzo się dziwiąc, że on przy bramie stoi, a ja do niego z jakichś krzaków wychodzę.

Małżonka ma odwaliła też dobrą robotę, odszlifowywując do imentu nasz stół ogrodowy ze starej powłoki. Zaolejowany olejem barwionym zyskał nowy, całkiem szlachetny wygląd 🙂

Na pierwszym planie krzesła ogrodowe, pociągnięte tym samym olejem, dwie sztuki – małżonka, dwie kolejne – Wyjątek. Tu już bez uprzedniego szlifowania, ale nie wyszło źle, mimo że olej na drewno fabrycznie pokryte jakąś bejcopodobną powłoką to niezbyt zgodnie ze sztuką, ale robiłem wcześniej próby, było ok.

Ostatnia sprawa do odnotowania – drzewo. Po ładnych kilku latach spokoju, znów jedno nam uschło. Podobnie, jak i poprzednio, zadziało się coś w leśnym sąsiedztwie (budowa naprzeciwko nas ruszyła), kilka drzew wycięli, leśne szkodniki więc, żyjące w jakiejśtam chwiejnej równowadze, hurtem się przeniosły na nowe drzewa, jedno z naszych niestety nie przeżyło. Szkoda, ładne było 🙁
Suche, szybko się degradujące, groziło katastrofą, trzeba je było pilnie wyciąć. Jak tu jednak ściąć dwunastometrową sosnę, jeśli z jednej strony ogrodzenie, z drugiej ogrodzenie, z trzeciej dom, a z czwartej mnóstwo posadzonych i wychuchanych roślinek, którym nawet listek z gałęzi nie miał prawa spaść?

Chciałem wynająć podnośnik koszowy i ścinać samemu od góry, ale małżonka panikowała mocno, cena wynajmu podnośnika zresztą też mnie niemile zaskoczyła, skończyło się więc na wynajęciu fachowców, którzy pokazali kunszt w pełnej klasie. Z akcji likwidacji drzewa nagrałem film, pokażę go po zmontowaniu, póki co jedynie na zachętę napiszę, że drzewo nie zostało ścięte, tylko wyrwane z ziemi wraz z pniem i korzeniami i delikatnie położone na boku w dokładnie wybranym miejscu i nie zostało to zrobione jakąś straszliwą ciężką maszyną z ogromnym silnikiem, pełną siłowej hydrauliki, tylko przy pomocy dwóch młodych gości i tzw. maszyn prostych, napędzanych siłą mięśni. Piła łańcuchowa zawarczała dopiero, jak już drzewo leżało, żeby je pociąć. Straty zaś w pozostałej roślinności to były raptem dwie, czy trzy niewielkie zielone gałązki z sąsiednich sosen, przez których korony drzewo trzeba było przewlec. I rozdeptana konwalia. Rozdeptana butem, dla jasności 🙂

vlcsnap-2016-09-05-11h05m54s0

 

 

 

email
This entry was posted in , , , . Bookmark: permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2017 (19)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0111763
Visit Today : 16
Hits Today : 23
Total Hits : 410375
Who's Online : 3
Przejdź do paska narzędzi