Wodolejstwa c.d.

Zzzzalane! Całkiem zalane! II… i ten… i szlus!

Dynks do odpowietrzania rury ssawnej pokazany w ostatnim wpisie załatwił sprawę całkowicie i pozwolił na bezproblemowe wypełnienie rury wodą. Kwestia tylko pobiegania: do piwnicy, by podłączyć do króćca napełniającego rurkę z wodą „z kranu” i tąże wodę puścić; do studni, by otworzyć kurek odpowietrzający i poczekać, aż przestanie „parskać” a popłynie woda równym strumieniem, zakręcić kurek, zamknąć studnię, przebiec się do piwnicy, zakręcić napełnianie wodą, zamknąć króciec napełniający i już, finito, gotowe! Jeśli instalację trzeba będzie na zimę z wody opróżniać, być może dorobię tu jakiś elektrozawór i cały proces zautomatyzuję, póki co będzie tak, jak jest.

Tak wygląda dynks do odpowietrzania zamontowany w studni, na rurze:

Jak widać, dorzuciłem też po drodze jeszcze jeden zawór zwrotny. Cała instalacja dynda sobie swobodnie, rura ssawna jest tylko blokowana przed wpadaniem  do studni prostą obejmą z długą śrubą. Zastanawiam się nad wstawieniem na dno studni bloczka betonowego w charakterze fundamentu i zamocowaniem do niego jakiejś pionowej sztycy, która mi to wszystko podeprze, może trochę zdrowiej dla tej rury będzie.

Z drugiej strony rury (niebieskiej) zaś mamy już nie tylko w pełni sprawny, dobrze działający hydrofor, ale i całą właściwie gotową od hydraulicznej strony zagadnienia centralkę nawadniania. Jej wygląd nie jest może szczególnie urokliwy, ale to nie ma być ładne, to ma działać!

Hydrofor jak hydrofor, każdy widzi, na belce u góry zaś mamy od lewej: zawór „inspekcyjny” do sprawdzania wiaderkiem, czy woda dobrze leci (a tym samym, czy filtr się nie zamulił, co przy naszej wodzie studziennej będzie pewnie częstym problemem), a przy okazji źródło wody do zalewania rury ssawnej, dwa elektrozawory (całe nasze terytorium do nawadniania jest podzielone na dwie sekcje, mniej więcej po pół działki każda. Nawadnianie będzie tylko kroplujące, bez zraszaczy, więc powinno wystarczyć z dużym zapasem). Dalej wspominany już filtr dyskowy, za nim niepozorny czujnik przepływu, reduktor z manometrem i dwudrożne zasilanie w wodę: z hydroforu lub z instalacji wodociągowej.

Instalacji elektrycznej jeszcze nie ma, urodzi się na dniach, automatyzacja tego to następne zadanie, a ponieważ, jak sygnalizowałem już, dla celów szkoleniowych chcę do tego wykorzystać trochę bardziej zaawansowane technologie, niż AVR, może to trochę potrwać. Jak będą upały, zawsze będzie można nawadnianie włączać ręcznie 🙂 Ewentualnie, jeśli rzecz będzie się przeciągać, dorobię prowizorycznie jakiś zegar sterujący. Póki co, pod elektronikę są podwaliny: widoczne na zdjęciu powyżej korytko na przewody oraz dorobiona na ścianie z lewej strony szafeczka:

Tak, to dobrze widać, to kolejna rozdzielnia. Siódma już, czy tam nawet ósma. Podobno istnieją domy, w których cała elektryka mieści się w jednej rozdzielni, ale to chyba bajki jakieś muszą być, to jest przecież fizycznie niemożliwe! 😉
Po lewo widać drzwi rozdzielni z automatyką oświetlenia. Tej samej rozdzielni, przy której dawno temu, jeszcze na łamach muratorowego dziennika zastanawiałem się, czy dać mniejszą „na styk”, czy większą „na zapas”. Dałem  w końcu większą, podsumowując wywód, że dodatkowe miejsce na pewno się na coś przyda. Przydało się, tak w sumie nawet nie za bardzo wiem, na co, ot po prostu po zainstalowaniu tamże planowanych urządzeń wolne miejsce sobie wzięło i znikło. Stąd konieczność dorzucenia nowej rozdzielni. Ta również jest trochę za duża, z miejscem „na zapas”. A jakby co, to na prawo od niej jeszcze trzecia, malutka, też by weszła 🙂
Rozdzielnia póki co zieje pustką, tylko kable pozakańczane na ZUGach i łączówka KRONE na małosygnałowe (kabel idący „w pole” do przyszłego czujnika temperatury i wilgotności gleby oraz kabel idący na wszelki wypadek do studni). Swoją drogą, szkoda wielka, że nie ma wygodnych systemowych oprawek pozwalających wieszać łączówki KRONE na szynie DIN. U siebie musiałem wyrzeźbić z kawałków rurki:

Tyle o podlewaniu, teraz kilka słów o tym, co ma być podlewane. Kostka jest, różne klomby i klombiki do obsadzenia są, w czwartek przyjechała mała wywrotka ziemi ogrodowej, ja zaś sobie to taczka po taczce rozwożę, w międzyczasie wraz z małżonką wydaliśmy trochę grosza w pobliskim centrum ogrodniczym i pierwsze skutki już są:

(u dołu widać pęknięty dekiel od szamba, cały czas czeka na wywiezienie na złom).

I pierwsza przymiarka do klombu „reprezentacyjnego”, a raczej jego cembrowiny. Fundament już jest, ozdobna cegła na nim na razie tak tylko ułożona celem rozplanowania układu:

Zanim to wymuruję, akurat tulipany powinny przekwitnąć, wtedy się je wykopie (cebulki, znaczy), całość dopełni ziemią i będzie git! 🙂

 

email
This entry was posted in , , . Bookmark: permalink.

7 Responses to Wodolejstwa c.d.

Marsal
Commented:  11 kwietnia 2016 at 15:24

Witaj,
istnieje sposób montażu łączówki LSA KRONE na szynie DIN TH-35.
http://automatyka.elstat.com.pl/p29530,zatrzask-mocujacy-szyna-ts35-gwint-m4.html
Powyższy zatrzask w ilości 2 szt montujesz na szynie i przymocowujesz na śrubki standardowy gniezdnik LSA do łączówek.

    Warto wiedzieć, dzięki. Co prawda obawiam się, że użycie gniezdnika mocowanego na szynę spowodowałoby niemożność założenia pokrywy, ale tak czy tak, dobrze wiedzieć. Gniezdniki w końcu też są różne.

trash_bin
Commented:  11 kwietnia 2016 at 16:32

Jeśli kręcić kurkiem w studni będziesz tylko dwa razy w roku, na początku i końcu sezonu, to jeszcze jakoś można to przeżyć. Bo częściej, to mnie osobiście trafił by nagły szlag 😉

U mnie do rozdzielni jeszcze daleka droga, ale zastanawiam się, czy od razu nie dać jeszcze większej – gdzieś te sterowniki trzeba pomieścić 😀

No i zdradź wreszcie, co to za tajemniczą technologię zamierzasz wprowadzić? ARMy? STM32? No bo chyba nie Raspberry Pi? 🙂

    Ja tym będę kręcić może nawet rzadziej, bo poważnie myślę nad tym, by z rury ssawnej nie spuszczać wody na zimę. W sumie najbardziej zagrożony będzie właśnie ten zaworek odpowietrzający, ale w studni, półtora metra poniżej poziomu gruntu – może nie przemarznie.

    Rozdzielnie – rozbicie tego całego szpeju na kilka niezależnych to chyba dobry pomysł, jedna wspólna może się łatwo przerodzić w straszliwy gąszcz, w którym ciężko potem już coś zrobić. Przy dobrym projekcie i wykonaniu od początku na tip-top można poszyć wiązki i zrobić to pięknie, ale przy żyjącym projekcie, co i rusz przerabianym tak się nie da, niestety.

    Technologia – przedstawiłem ją w takich barwach, że teraz aż głupio się przyznać do pójścia na (zaawansowaną, ale jednak) łatwiznę – tak, Raspberry Pi. Szukałem wygodnej platformy, na której da się najprościej zrobić zarządzanie z poziomu przeglądarki internetowej i choć rozpatrywałem kilka różnych możliwości, wyszło mi w końcu, że kupując malinkę mam właściwie gotowca. I przy okazji dobrą okazję, by wreszcie do C usiąść.

      trash_bin
      Commented:  11 kwietnia 2016 at 20:31

      Może jestem nieco uprzedzony do Raspberry, bo zniszczyła mi trzy karty pamięci (grrrr….), ale początkowo też planowałem jej użycie w nieco szerszym zakresie, po czym na próbę podłączyłem jej DS18b20, mierzyłem temperaturę (nawet wygodnie), napisałem w Mono (bo jestem C#-owcem, nie trawię Pythonów itp.) aplikację z serwerem HTTP (wiem, są gotowce, ale chciałem swoją) i niby wszystko działało pięknie, dopóki pewnego dnia malinka nie przestała odpowiadać na HTTP. Po restarcie nie wstała. Sprawdzałem, kombinowałem, wreszcie wsadziłem kartę do komputera i padnięta – ok, wsadziłem nową i… wytrzymała 3 dni. Kolejna jakoś jeden dzień. Później już nie sprawdzałem, Raspberry leży w szufladzie i czeka na nie wiadomo co. To była jeszcze pierwsza wersja maliny B, gniazdo SD było duże i słabej konstrukcji, musiałem kupować (bo nie chciałem lutować sam) specjalny adapter MikroSD (mały kawałek PCB z przylutowanym gniazdem MikroSD; dobry adapter, bo standardowe gniazdo SD na malinie nie miało docisku karty i „miękkie” adaptery słabo tolerowała), zasilacz 2A nawet jej dałem (bo niby na 500mA mogła być niestabilna i powodować problemy z kartą) i nic nie pomagało. Zaniechałem zabawy.

      Innym powodem, dla którego nie spełniała moich wymagań było to, że od chwili włączenia zasilania do zakończenia procesu uruchamiania docelowej aplikacji (czy to serwera HTTP czy czego tam sobie wymyślisz) mija jednak dość długi czas, zwłaszcza w porównaniu z programami pisanymi na mikroprocesory. Kolejna sprawa – Twój kod uruchamiany jest i pracuje na całym systemie operacyjnym, razem ze wszystkimi dobrodziejstwami inwentarza. I choć niby jest to mało prawdopodobne, to możliwe jest występowanie błędów w oprogramowaniu, na które nie masz bezpośredniego wpływu i w krytycznej sytuacji może, zgodnie z prawami Murphy’ego, spowodować problemy, których negatywne skutki będą wprost proporcjonalne do kosztów i odwrotnie proporcjonalne do czasu, niezbędnego do ich naprawy.

      Oczywiście doceniam inicjatywę Raspberry Pi, wspaniała platforma do poznania możliwości programistycznej interakcji ze światem fizycznym. Ludzie robią na niej świetne rzeczy i przy odpowiednich przygotowaniach może zachęcić najmłodszych do eksperymentowania z programowaniem i elektroniką. Może nie miałem szczęścia.

      A z zupełnie innej beczki AVRy są wręcz bajeczne do nauki C 😀 Podobnie STM32 z platformą mbed – cudo 🙂

        Jarek.P
        Commented:  11 kwietnia 2016 at 20:56

        Głupia sprawa, ale do C się zraziłem właśnie przy AVRach. Jak już wielokrotnie wspominałem, ja stary Pascalowiec jestem i choć do AVRów siadałem „po latach”, Bascoma rozumiałem od ręki i jego składnię miałem gdzieś w sobie. Ale wiadomo, Bascom to dla dzieci, początkujący tylko, eciepecie, stwierdziłem, że biorę się za C. Najpierw mnie szlag trafił przy kompletowaniu platformy – jeden program do edycji, drugi do kompilacji, trzeci do wgrywania, do tego jeszcze problemy z najpopularniejszym międzymordziem do programowania, podczas gdy w Bascomie wszystko mam na jednej platformie, a z USBAsp pracuje bezproblemowo. Ale nic to, klona STK kupiłem, AVR studio jakieś skołowałem, cośtam jeszcze do tego, program startowy dla początkujących, czyli mryganie ledem zrobiłem i chciałem zrobić coś poważniejszego. I szlag ciężki mnie trafił przy komunikacji po RS485 – w Bascomie załatwiam to prostymi komendami, w C – jak mi spec obwieścił, trzeba zorganizować sobie biblioteki, ogarnąć je, najlepiej napisać swoje – no luuudzie. Szlag mnie wtedy ciężki trafił, C poszło w kąt, program zaś, którego nie byłem w stanie w C nawet dobrze zacząć, w Bascomie napisałem w dwa dni.

        Raspberry – może miałeś jakiś wadliwy model, a może zasilacz Ci rąbał sprawę? Mój w każdym razie w testach zachowuje się ok, Wyjątek już nawet przekatował preinstalowanego na nim Minecrafta (swoją drogą zdumiało mnie to). Na razie załaduję na niego któregoś z obecnych w necie gotowców do nadzoru ogrzewania domowego i spróbuję go przerobić pod swoje potrzeby.

          trash_bin
          Commented:  11 kwietnia 2016 at 22:13

          Nie chcę na siłę nikogo do C przekonywać, do C trzeba się samemu przekonać. Pascala uczyłem się wieki temu, jeszcze na sucho, bez komputera w domu (pożyczyłem książkę do Pascala od matematyka w technikum, kod klepałem w Turbo Pascalu na komputerze u kuzyna) mając wcześniej tylko trochę doświadczenia z Basic’iem i od razu poczułem do niego sympatię – był bardzo intuicyjny i łatwy. Dzięki niemu później przesiadka na Delphi była całkowicie bezproblemowa. Dlatego rozumiem, czemu Bascom jest tak popularną platformą (choć, wstyd przyznać, nigdy nie miałem z nim styczności), zwłaszcza jeśli jest tak „kompletnym” środowiskiem, jak piszesz. Może kiedyś go popróbuję, tak z ciekawości.

          Fajny tutorial do C na AVRach znalazłem u Mirka Kardasia – http://mirekk36.blogspot.com/2015/07/eclipse-start-plus-pierwszy-program.html. Mirek co prawda mówi dość dużo i jego filmiki nie są krótkie, ale dla kogoś, kto nigdy wcześniej nie miał kontaktu z omawianą tematyką na pewno są świetnym źródłem informacji, a i osoby, które chcą się przymierzyć do C na AVRach (ja tak właśnie miałem), ale powiedzmy, że z programowania pierwsze kroki już jakiś czas temu postawili, też mogą się wiele od niego dowiedzieć. Właśnie dzięki Mirkowi skonfigurowałem swoje środowisko bezproblemowo tak, że teraz w zasadzie nie wychodząc z Eclipsa koduję, wgrywam wsad i cieszę się jak dziecko, jak działa (a jak nie działa, to powiedzmy, że bardzo ekspresyjnie wyrażam swoje niezadowolenie i kłębiące się we mnie emocje 😉 ). Tylko same fusy programuję w (Mirkowym zresztą) MkAvrKalkulatorze.

          Innym super wygodnym rozwiązaniem jest, moim zdaniem, platforma mbed (https://www.mbed.com/en/) i do kompletu np. Nucleo (zestaw prototypowy oparty na STM32), pozwalający na klepanie kodu i kompilację w IDE w przeglądarce, a następnie programowanie Nucleo przez kopiowanie pliku powstającego przy kompilacji na pamięć masową wbudowaną w Nucleo, jak na pendrive’a (po kompilacji w mbed od razu rozpoczyna się ściąganie pliku, który zapisać można bezpośrednio na Nucleo i tadam – zaprogramowane).

          Z drugiej strony programowanie w C na Raspberry też jest przyjemne, czy też w C++ – jeszcze przyjemniejsze. Bardzo liczna społeczność (ustępująca może tylko Arduino), masa przykładów, jako środowisko np. właśnie Eclipse (choć teraz nawet w Visual Studio już też spokojnie można kod pod Linucha pisać), do tego dostęp do ogromnej ilości RAMu (w porównaniu z AVRami) i mega szybkiego procka (w podobnym porównaniu), do skryptów w shell’u, do gotowych serwerów HTTP, pocztowych i jakich jeszcze… Raj, panie, raj 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0147931
Visit Today : 132
Hits Today : 413
Total Hits : 541528
Who's Online : 1