Zaległości…

Oj, nazbierało się. No co tu dużo mówić, zarzuciło mi się pisanie własnego bloga na właściwie równe pół roku, ale to tak jakoś samo z siebie wyszło, raz że w wakacje żeśmy w tym roku trochę poszaleli krajoznawczo, a dwa – no nie działo się u nas nic takiego, o czym warto było pisać. Ale dla odświeżenia, uspokojenia nielicznych już wiernych czytelników (przy przedłużającej się przerwie miałem maile z zapytaniami, czy u mnie wszystko ok, za co niniejszym dziękuję, byłem mile zaskoczony) i dla nadrobienia zaległości, pora na lekką reaktywację blogu. 

Tak więc, Panie i Panowie, zaczynamy! Od… Domu w Lesie!

A na pierwszy ogień pójdą schodki „gospodarcze”, prowadzące do drzwi „gospodarczych”, prowadzących wprost do kotłowni. Jest to kolejna rzecz odłożona „na później”, mało pilna, bo wstydliwie schowana z boku domu i tamtędy raczej nikt nie wychodzi. Na ogół. Ponieważ jednak lista rzeczy „do zrobienia” wokół domu maleje, przyszedł wreszcie czas i na te schody. TE schody:

Zdjęcie jest z 2011 roku, przedstawia schodki tuż po ich przerobieniu przez niżej podpisanego wraz z bratem, wykończenie zostało odłożone „na później” i w tym stanie przetrwały sobie one kolejnych siedem lat, w międzyczasie jedynie czarną folię kubełkową zastąpił cokół, pojawiła się opaska wokół domu i jakieś nasadzenia. I w sumie mogłoby tak być dalej, w końcu komu to przeszkadzało, ale małżonka już od zeszłego roku zaczęła temat urabiać, płytki wybierać… no co ja mogłem? I tak byłem zresztą twardy, aż do tegorocznego lata dotrwałem 🙂

Przede wszystkim należało się tutaj zająć kratką ociekową. Tu, niestety, murarzom, którzy wylewali spocznik, zapomniało się wstawić rurki odwadniającej. Ale w sumie, może i dobrze, bo taka rurka z wylotem sterczącym potem gdzieś z boku wcale piękna nie jest, a tutaj, ponieważ ta betonowa bryła nie jest jednolita, a składa się z betonowych ścianek, wypełnionych w masie żółtym piaskiem mającym ciągłość aż do samych piekieł (a do wody podskórnej z pewnością), można było pozbywanie się wody opadowej i spodbutowej zostawić spokojnie grawitacji. Jedynie, by tej trochę robotę ułatwić, zrobiłem z tego, co było pod ręką studzienkę chłonną 🙂

Rurka „kanaliza” poniewierająca się na strychu jeszcze z czasów budowy („bo to się może przydać”) ponawiercana w dolnym odcinku, wkopana w rejon ociekacza i po obsypaniu piaskiem, zalana od góry wylewką. Jej szczyt widać na poniższym zdjęciu:

Na zdjęciu jeszcze nie ma właściwego wkładu ociekacza, widać na nim za to dwie inne, bardzo ważne rzeczy: dodatkową warstwę wylewki położoną na wierzchu dla uzyskania spadku o właściwym znaku (oryginalnie murarzom zrobił się spadek delikatnie ujemny, w stronę ściany znaczy) oraz wykończenia boków najniższego stopnia. Miały być „po łuku”, po długich rodzinnych dyskusjach stanęło na wykorzystaniu do tej roli pozostałości po brukarzach, a konkretnie na betonowych, udających „łupany” kamień słupkach palisady. Słupkach, które wystarczyło porozcinać wzdłuż na dwa prostokątne (pierwotnie słupki miały przekrój kwadratowy), ich boki podocinać w trapez, żeby się dało z tego łuk złożyć i… i voilla! Zrobione!

Reszta była już w sumie nudna: płytki, płytki i jeszcze raz płytki. A i fugi, zapomniałbym o fugach. Efekt końcowy, sfotografowany jakoś teraz (bo wtedy się zapomniało fotkę cyknąć na świeżo), z płytkami już przybrudzonymi leżącym na nich jesiiennym igliwiem:

 

Gdy robiłem te schodki, uwagę mą przyciągały różne okoliczności przyrody. Pierwsza okoliczność objawiła się w postaci wiewiórki, która jak nic gniazdo gdzieś w najbliższej okolicy miała, a ja rycząc szlifierką i generalnie hałasując chyba jej przeszkadzałem, bo któregoś dnia najpierw naskrzeczała na mnie z gałęzi (nie stała trzymając się łapkami pod boki, ale wszystkie inne znamiona jędzowatości, z tonacją skrzeku na czele spełniała. Biedny wiewiór… [znaczy, mąż tejże 😉 ]), a ponieważ nie przejąłem się i nie raczyłem się wynieść, zaczęła mnie skubana łupinami szyszek obrzucać. 

Druga okoliczność była taka raczej mniej przyjemna, a za to bardziej bzycząca. Gniazdo os, jak co roku w zasadzie nam się objawiło w podbitce, niestety nie zauważone i nie zlikwidowane w porę, rozrosło się troszkę mocniej, niż zwykle. Jeszcze nie wiem, jakie ono jest duże, ale sądząc po tym, że ta gniazdowa masa jest widoczna na brzegu podbitki na długości około metra, obstawiam olbrzyma. Najgorsze zaś było z nim to, że tym razem osy sobie to gniazdko uwiły tak, że nie było szans ich zagazowania bez demontażu podbitki. A jak zdemontować podbitkę bez zostania zażądlonym na śmierć? Cóż, już przy poprzednich bojach czy to z osami czy z szerszeniami pisałem, że muszę wreszcie się doposażyć w jakiś kombinezon bojowy z prawdziwego zdarzenia. Teraz wreszcie była  ku temu okazja, a agencja mienia wojskowego służyła wszechstronną pomocą 🙂

 

Skuteczność – 100% 🙂 Wrażenie, gdy wokół mnie latały dziesiątki czy tam setki os, usiłując mnie żądlić atakiem z powietrza, łazić po mnie, wciskać się w każdą dziurę i każdy załamek kombinezonu było niesamowite. Z tym wciskaniem się rozwścieczonych os w szczeliny trzeba się pilnować, są w tym dość skuteczne, naśladowców uczulam, ubranko musi być szczelne w 100%, ja jak widać na zdjęciu, styk maska/kombinezon doszczelniałem szalikiem, przy rozbieraniu się potem z tego szalika wytrząsnąłem kilka os zaplątanych w jego zakamarkach. Na szczęście już przytrute, opylając gniazdo opyliłem też i siebie, ale wytrzepałem je jeszcze żywe i latające.
Niemniej, było to straszne doświadczenie. Nigdy nie byłem w wojsku i naprawdę nie wiem, nie potrafię sobie wyobrazić, jak w tym worku, w masce pgaz i jeszcze z kilkunastoma kilogramami wyposażenia można biegać, czołgać się, znów biegać i tak w kółko, póki się kapralowi nie znudzi. Ja w tym spędziłem kilkanaście minut, głównie stojąc, po którym to czasie byłem całkowicie przemoczony od własnego potu i na wpół uduszony – może to kwestia przywyknięcia do oddychania przez maskę, ale mój organizm bardzo źle reagował na zwiększone opory oddychania i cały czas byłem na granicy paniki „matkobosko, duszę się” (uprzedzając – tak, miałem otworzony wlot powietrza, w tym modelu maski zresztą nie da się go zamknąć). Nic, kombinezonik może się jeszcze przyda, czy to na osy/szerszenie, czy to na okoliczność jakiejś apokalipsy (tfu tfu!), ja sobie zaś solennie obiecałem w przyszłym roku na wiosnę staranną kontrolę przeciwosową. I może pułapki w sadzie, bo w tym roku znów nic, nawet jednego owocu nie dane nam było spróbować, wszystko zeżarły osy wespół ze srokami i szpakami.

W międzyczasie zastrajkował nam zbiornik hydroforowy od nawadniania. Strajk miał charakter przykry i o tyle dla nas dotkliwy, że odbywał się w absolutnej ciszy, nikt o nim nie wiedział i tak właściwie nie wiadomo, ile czasu trwał. Objawiał się on… o tak:

Jeśli nie widać, co widać, to już wyjaśniam: przerdzewiał sobie kołnierz zamykający zbiornik. Zrobiła się dziurka, a przez tą dziurkę sikiem prostym sikała sobie woda. Nie wiem, jak długo, ale trochę musiało to trwać, bowiem, gdy zupełnym przypadkiem, dosłownie na dwa dni przed wyjazdem wakacyjnym zszedłem po coś do piwnicy, oczy me ujrzały kompletnie zalaną posadzkę, zamoknięte wszystko, co na niej leżało (na szczęście worki z dolarami, starodruki i cenne obrazy przetrzymujemy w wyższych partiach domu), a kolor posadzki zdradzał, że minimum od kilku dni to trwa (wiaderka oczywiście wtedy nie było):

Dni! Nie miesięcy! Lokalna studzienna woda w moich okolicach niestety bardzo bogata w żelazo i mangan, gdy ta woda gdzieś stoi, rdzawy osad wytrąca się w oczach. Ale swoją drogą, tu ujawniła się niewątpliwa wada opisanej tu wiosną przebudowy hydroforni, w czasie to której przebudowy pompa rycząca wcześniej w piwnicy została zastąpiona bezszelestną pompą głębinową. Gdyby strajk przydarzył się przed tą przebudową, odgłos pracującej co chwila pompy zasygnalizowałby mi awarię zaraz po jej zaistnieniu. A tak… cóż.
Szczęśliwie nowy dekielek to był koszt kilkunastu bodajże złotych w kibelmarkecie, wymiana była bezproblemowa, zaś nowy dekielek zdradził mi przy okazji, że usterka musiała być typowa, bowiem ten nowy model miał od wewnątrz nie tylko ocynk, ale jeszcze dodatkową warstwę tworzywa sztucznego. To już mam nadzieję będzie wieczne!

Potem już po prostu żyliśmy sobie długo i szczęśliwie, a to jeżdżąc na wakacje, a to wracając z wakacji, w międzyczasie jedynie nasz leśny ogród został przez małżonkę przekształcony do postaci odrobinkę bardziej zadbanej. Mianowicie, liczne nasadzenia, co do których ja do tej pory nadziwić się nie mogłem, że czemu my to sadzimy tak w przypadkowych miejscach bez ładu i składu, na co nieodmiennie małżonka odpowiadała, że one są sadzone zgodnie z jej zamysłem, według starannego planu i że mam się nie wtrącać i jej nie mieszać, za sprawą kilku bagażników kamienia (jeden bagażnik to jednostka wagi limitująca ilość jednorazowo kupowanego kamienia, w odniesieniu do układu miar SI stanowi to około 200-250kg) oraz dalszych pozostałości kostki po brukarzach, tudzież kilku worków kory zostało dobitnie podkreślone, że zamysł BYŁ!:

I wszystko wskazywało, że jeśli chodzi o Dom w Lesie, na tym bieżący rok zostanie zamknięty. Cud się jednak stał. Cud ów miał postać mebli do salonu, co do których wreszcie udało nam się dojść do konsensusu. Stare meble były jeszcze moimi kawalerskimi, pełnoletnimi już w zasadzie meblami z paździochy pokrytej syntetyczną okleiną, z widocznymi tu i ówdzie śladami po przeprowadzce oraz niemiłosiernie oblepionymi przez dzieci naklejkami o treści różnorakiej (a ja niniejszym gorąco dziękuję wszystkim osobom dającym dzieciom w prezencie książeczki z naklejkami. To niemal równie dobry prezent dla dziecka, jak trudnozmywalne flamastry. Albo plastelina!) i generalnie rzecz biorąc, patrzeć na nie już nie mogłem. Na temat konieczności ich wymiany marudziłem już od dawna, ale jakoś nie składało się, głównie z powodu braku wolnej kasy na taki zakup, ale również i dlatego, że jakoś nie mogliśmy dojść do zgody w temacie, jakie meble chcemy kupić. Znaczy… nawet się zgadzaliśmy, czego mniej więcej szukamy, ale niestety, nie zgadzały się z nami salony meblowe. 

Aż wreszcie… dość przypadkowa wizyta w pewnym centrum meblarskim niedaleko nas dała nam upragnione meble-które-mogłyby-w-sumie-nawet-być! A gdy jeszcze okazało się, że nie kupując je w eleganckim salonie meblarskim, tylko wprost od producenta, zaoszczędzimy lekko licząc jakieś 25% ceny (swoją drogą taka marża to ze strony sklepu czyste złodziejstwo), to już w ogóle była bajka. Zamówiliśmy więc nowe meble! 
Jednakże, gdy już zakup został podpisany, pierwotnie z dostawą na „po nowym roku”, bo przecież „nikt przed świętami nie będzie mebli przestawiał i bałaganu robił”, w żonie mojej się architekt wnętrz włączył. Stół? Teraz nie będzie pasował, trzeba zmienić. Trzeba – zgodziłem się. Nowy stół się znalazł, zmieniliśmy. Ława, stara, kawalerska, też won, nowa ława ma pasować do nowych mebli. Nowe meble miały być minimalistyczne w formie, żadnej meblościanki, tylko ascetyczna ściana RTV. No właśnie. Ściana. I dom pełen kamieni, ceglanych murków i ogólnorustykalnoprowansalskich klimatów. Taka ściana to przecież czyste wyzwanie jest!
A ponieważ w salonie już mieliśmy (przy kominku) ściankę wyłożoną płytkami z cegły ręcznie formowanej, wystarczyło temat pociągnąć dalej. Żonę to na tyle podkręciło, że właściwie w jeden dzień uwinęła się z rozładunkiem mebli salonowych, razem je powynosiliśmy i można było się zająć snuciem planów, dla ułatwienia: wprost na ścianie. Na poniższym zdjęciu, prócz śladów po usuniętej starej zabudowie i już częściowo wyprutej instalacji, położenie TV, które naniosłem, by sobie zaplanować kanał kablowy, a żeby TV pustką nie świecił, wrysowałem weń autoportret:

Mniej więcej w tym momencie do salonu zeszły dzieci. Pomysł rysowania na ścianie portretu taty spodobał się tak bardzo, że po kilku minutach wyglądałem już tak:

Niestety, ku rozpaczy dzieci musiałem to zniszczyć. Kanał na kable, gniazdka do przesunięcia (tak jak były, wypadały akurat w połowie górnej płyty szafki RTV, trzeba było opuścić niżej, przy okazji przepust do rozdzielni oświetlenia do piwnicy (mała puszka po prawo – nigdy nie wiadomo, do czego kiedyś się może przydać taka dziura w ścianie, lepiej mieć, jak nie mieć) i wszystko to już w ostatni weekend zaczęło wyglądać tak:

Od prawej widać zaczętą już cegiełkę. Puszka z przepustem do piwnicy też została zasłonięta cegiełką, tyle, że na podbudowie z blaszki i trzymającej się na wmurowanych w ścianę meblowych magnesach. 

Taka okazja, jak pusty salon z wyniesionymi starymi meblami, a jeszcze bez nowych musiała jednak zostać wykorzystana do imentu. Malowanie! Zwłaszcza sufit, nasz salonowy sufit niestety do najrówniejszych nie należał, na co się złożyły różne przyczyny, usiłowałem go jeszcze równać szlifowaniem za czasów wykańczania domu, skutki jednak były… takie sobie. Teraz więc wymyśliłem, że położę na nim gładź, nie gipsową, tylko akrylową, która jest podobno niemal bezpyłowa (no tak producent na pudełku napisał), a dodatkowo wykończę ją specjalnie w tym celu wypożyczoną szlifierką do gładzi, tzw. „żyrafą”. Plany były piękne. W wyobraźni widziałem siebie, jak niedbałym ruchem omiatam sufit wysięgnikiem trzymanej w ręku żyrafy, cały pył wsysa dołączony do niej odkurzacz, no sielanka po prostu. 

Pierwsze zdziwienie nastąpiło w poniedziałek rano, w wypożyczalni sprzętu budowlanego: odkurzacz nie stanowi kompletu z żyrafą, na zdjęciu na ich stronie to jest tylko tak sfotografowane, za wypożyczenie odkurzacza należy się kolejna stówka. Chrzanię, stwierdziłem, podłączę sobie do centralnego, już i tak nie takie rzeczy nim ciągnąłem, najwyżej po robocie filtr trzeba będzie sprężonym powietrzem przedmuchać (a żeby to pierwszy raz…, mój OC i tak większość czasu jako odciąg pyłu z warsztatu pracuje).
Drugie zdziwienie nastąpiło chwilę później, gdy wręczono mi ogromną walizę z żyrafą. Wziąłem ją od pana i tak jakoś mnie przygięło. O kuuurrrr…. ile to waży? Ale nie, niemożliwe, to przecież nie może być takie ciężkie, przecież nawet doszkalając się z obsługi urządzenia, którego wcześniej w życiu na oczy nie widziałem, oglądałem na Youtube film, na którym pan taką szlifierką machał jak wałkiem malarskim, dam radę!

Otóż nie, nie dałem. Ja rozumiem, że ja jestem odrobinkę co prawda w ostatnich latach zapasiony w okolicach środka ciężkości, ale jednak nadal chuderlak, z posturą czysto informatyczną, ale u licha jakieś tam mięśnie mam, w budowlance szeroko rozumianej też już swoje przeszedłem, od noszenia bloczków fundamentowych i rolek z papą począwszy, na choćby ostatnim noszeniu kamieni ogrodowych skończywszy, ale żyrafa jednak pokazała mi dobitnie, jak wielka różnica dzieli człowieka dotykającego się do takich rzeczy jedynie okazyjnie, od siłowni itp trzymającego się z dala, a na życie zarabiającego raczej za biurkiem, od typowego budowlano-remontowego Seby, który paczki z glazurą (20kg/szt.) nosi po dwie, a jak paczki małe, to jeszcze pod pachy po worku kleju zabierze, bo co będzie dwa razy latał. Jezusie! Żyrafisko okazało się być ciężkie jak słoń – to po pierwsze. Znaczy… dobra, jak ktoś niezorientowany, a ciekaw o czym ten typ z takim zacietrzewieniem pisze, to sobie w tym momencie poszuka googlem i znajdzie, że przeciętna żyrafa do gipsu waży 8kg i o czym w ogóle mowa? No dobra, to jak ktoś jest NAPRAWDĘ ciekaw, o czym ten typ pisze, to niech sobie weźmie coś, co waży 8kg i niech sobie to potrzyma na wyciągniętych rękach nad głową, dodatkowo wykonując tym równomierne ruchy „wtę i wewtę”. Gdy jeszcze dodamy do kompletu fakt, że taka żyrafa się przy pracy trochę rzuca i usiłuje uciekać – o, to będzie komplet. W każdym razie żyrafą zrobiłem tego sufitu kawałeczek i myślałem, że mi ręce odpadną, sufit zaś nie różnił się wiele od stanu wcześniejszego, wręcz nawet przybyło w nim kilka nierówności więcej.
Żyrafa poszła w kąt, wydaną na jej wypożyczenie kasę przeksięgowałem sobie z rubryki „usprawnienie remontu” do rubryki „nauka na własnych błędach”, a sufit? Cóż, jak się dało wyszlifowałem ręcznie przy pomocy pacy z siatką oraz kostki ściernej. NIe jest idealnie, ale i tak o niebo lepiej, niż było! I o to chodzi!

Oczywiście ręczne szlifowanie sufitu skończyło się masakrycznym zapyleniem wszystkiego. Nie wiem, może fachowcy są w stanie położyć gładź na gładko samą szpachlą, bez szlifowania, ja tak nie umiem, a kilka już zrobionych w życiu gładzi nauczyło mnie, że raczej umiał nie będę, no nie jest to mój temat i tyle. Użyta gładź „bezpyłowa” tylko tyle dała, że będąc na bazie akrylu nie gipsu miała ten pył jakiś taki przyjemniejszy, mniej chwytający za gardło 🙂 Ale i tak nasz salon po szlifowaniu wyglądał raczej siwo:

Nie, to zdjęcie nie jest nieostre. To unoszący się w powietrzu tuman 🙂 (czy też może jest nieostre z uwagi na unoszący się w powietrzu tuman… jak zwał tak zwał, tuman był faktem!). W każdym razie doszlifowane zostało, pomalowane też zostało, potem posprzątane, odkurzone, jeszcze raz posprzątane, jeszcze raz odkurzone, ze trzy razy przetarte na mokro i już jest pięknie. Czy raczej…. będzie pięknie, jak zrobi się do końca ściana RTV. A ta się robi z mozołem…

 

I stan na chwilę obecną: prawie gotowe:

 

Tak, wiem, że tam powinien wisieć TV minimum 60″ 🙂 Cóż, może jak ten ducha wyzionie…

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

6 Responses to Zaległości…

Piotr S.
Commented:  20 grudnia 2018 at 14:31

Jarek, fajnie że wróciłeś 😉
9 zdjęcie się nie wyświetla.
P.S.
Wesołych Świąt

Krystian
Commented:  27 grudnia 2018 at 21:44

Jarek ty żyjesz😂 A tak serio, następnym razem daj jakiś znak typu brak czasu/weny zaraz wracam😂 Ja już to chyba kiedyś piasałem, marnujesz się w dotychczasowej pracy, zostań pisarzem, czyta się Ciebie poprostu fantastycznie, akcja z wiewiórką, osami i OP1? (płaszcz z AMW) rozłożyła mnie na łopatki.

orzechot
Commented:  14 stycznia 2019 at 12:27

Miło Cię znowu poczytać!

Bart3k
Commented:  1 marca 2019 at 08:21

Cześć, sporo czasu minęło…
Co do żyrafy uważam, że za wcześnie się poddałeś.
Wiem bo przechodziłem przez to samo, po kilku metrach^2 łapiesz ułożenie rąk i jest dużo lepiej, mięśnie się rozgrzewają i da sie opędzlować sufit. Ze ścianami jest już DUŻO łatwiej. Ja byłem w tyle lepszej sytuacji, że żyrafę i odkurzacz pożyczyłem od znajomego za czteropak złotego 🙂
Bartek

    Nie wiem, może po prostu ta moja żyrafa była zbyt profesjonalna (i ciężka) albo zwyczajnie, ja za cienki w uszach, ale nie dawałem rady za diabła. Usiłowałem to ciągnąć na zasadzie, ze po kawałku zrobię, ale jak pisałem, byłem w stanie tym manewrować jedynie przez chwilę a robiłem i tak więcej szkód, niż rzeczywistej roboty. Ale nic, robota odwalona ręcznie, sufit nie wyszedł może super idealnie, ale i tak jest o niebo lepiej od tego, co było, mnie wystarczy. A inne sufity w domu są ok, więc do tematu nie mam zamiaru wracać 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2019 (7)
  • 2018 (9)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0185616
Visit Today : 83
Hits Today : 306
Total Hits : 642567
Who's Online : 2