Nawadnianie v.2

Sprawa jest prosta: żeby rosło, musi mieć wodę. Jak nie ma wody – nie rośnie. Zwłaszcza, jeśli jest sadzone w lesie, między drzewami. Zwłaszcza jeśli jest sadzone w piach tak bardzo chłonny, że nie ma takiej ulewy (łącznie z oberwaniami chmury, których najstarsi górale nie pamiętają), by u nas kałuże powstawały, wszystko wsiąka w oczach. W każdym razie, póki nawadniania nie było, niemal wszystko, co sadziliśmy schło albo od razu albo najdalej po sezonie, mimo podlewania wiaderkiem. Wykonana dwa lata temu instalacja nawadniająca odwróciła ten fakt o 180 stopni, ogród zaczął nam rosnąć miejscami wręcz aż za bardzo, małżonka moja zaczęła sadzić przeróżne rośliny też miejscami aż za bardzo ;), dzięki czemu instalacja nawadniająca, projektowana z duuużym zapasem stała się w końcu niewydolna. Ilość podawanej wody nie była tu jeszcze problemem (wystarczyło wydłużyć czas cyklu podlewania), niestety rozrastająca się instalacja spowodowała, że pompa nie dawała rady utrzymać w niej ciśnienia i np. te nieliczne tryskacze, które mamy (miniaturowe, ale jednak, zaś ogromna większość instalacji to są kroplowniki) ledwie bździły, zamiast robić sensowną robotę.

W tym roku zostały podjęte decyzje, zostały zaplanowane plany, zostały wygospodarowane środki na realizację, w wyniku przetargu zostali wyłonieni dostawcy, wykonawca… cóż, wykonawca i tak nie miał wyjścia (ani nawet ochoty na zlecanie takiej roboty komuś innemu, szczerze mówiąc) i… i co. Pajechali!

Stara pompa, dość upiornie hałasująca w czasie pracy w domowej piwnicy została zdemontowana, odczyszczona i wraz z presostatem i wężem jest aktualnie dostępna na „znanym portalu ogłoszeniowym”, komuś spokojnie może jeszcze posłużyć:

Do Domu w Lesie zaś kurier przywiózł pompę  – cacuszko, małą głębinówkę, włoskiego producenta IBO, wedle licznych internetowych opinii odporne na piasek i ogólnie na wszystko. Kupiłem najmniejszą jaką produkują, bowiem i tak będzie miała trzykrotnie większą wydajność, niż potrzebna, zaś handlowiec dystrybutora IBO z którym rozmawiałem, bardzo mocno odradzał użycie w takiej sytuacji pompy przewymiarowanej (bo pierwotnie chciałem trochę większą i jeszcze ze dwa razy wydajniejszą), tłumacząc dość logicznie, że to źle wpłynie na jej trwałość, przy małym zbiorniku hydroforowym ona by była bardzo często załączana i wyłączana, a to jest dla pompy bardzo niezdrowe, lepiej wziąć słabszą, nawet jeśli w czasie podlewania miałaby pracować nonstop. Posłuchałem, zakupiłem IBO 2.5″ STM24.

 

Na obrazku: koń, jaki jest – każdy widzi. Pompka wygląda niepozornie, ale ma ponad metr długości, swoje też waży, a ma wisieć w głębi studni, w odwiercie. Nie może wisieć na rurze, ani broń Boże na kablu (który zresztą producent dał jedynie metrowy, trzeba było sztukować własnym, a miejsce sztukowania oklejać termoskurczami „z klejem” (w sumie trzy warstwy: pierwsza na same żyły, druga po całości i na to jeszcze trzecia, dużo dłuższa). Powiesiłem ją na lince polipropylenowej 5mm, dając dla pewności dwie. Myślałem pierwotnie nad linką stalową, ale to docelowo ma się moczyć w wodzie latami, stwierdziłem, że linka nawet ocynkowana w końcu skoroduje, plastik zaś – nie ma szans. 
Mocowanie postarałem się zrobić porządnie 🙂

Z tej strony temat był w tym momencie zamknięty, ale pozostawała jeszcze strona przeciwna. Na czymś ta pompa przecież musiała wisieć. Do pierwszych prób co prawda po prostu związałem oba końce linek razem i przewiesiłem je przez łom, ale docelowo jednak wolałem tego łoma tam nie zostawiać, choćby dlatego że łom – przydatne narzędzie i w każdym domu być powinien, choćby na wypadek gdyby jajogłowym z Black Mesa Research Facility udało się w końcu z tym przejściem do innych wymiarów. Tu było potrzebne coś innego. Coś solidnego, mocnego, wykonanego najlepiej z rzeczy będących pod ręką, ot choćby tych ścinków profili z produkcji ogrodzenia, poniewierających się w garażu. Zrobilim:

Zmontowalim:

Na dnie studni wylądowały dwa bloczki betonowe (zostawione jeszcze z czasów budowy fundamentów Domu w Lesie, bo to się może przydać!). I… i co, można było opuszczać pompę w dół!

Widoczna w głębi studni niebieska rura, to do niedawna była rura ssawna, którą stara pompa zainstalowana w piwnicy zasysała wodę. Ta rura aktualnie awansowała, już nie będzie musiała zasysać, teraz przed nią nowe, lepsze cele i wyzwania, teraz stała się rurą tłoczną, spocznij! Widoczny na jej końcu trójnik z zaworem służył odpowietrzaniu starej instalacji, teraz jest w zasadzie zbędny, ale i w niczym nie przeszkadza, został więc. Kabel zaś… kabel został wkopany „na wszelki wypadek” w czasie, gdy wkopywałem tą rurę, położyłem wraz z nią dwa kable: zasilający i teletechniczny. I teraz mam jak znalazł 🙂

Pompa w dziurze, stelaż w studni, pierwszy testowy sik prosty:

I wszystko zmontowane już do kupy:

Po drugiej stronie stelaża jest drugie, wolne w tej chwili ucho mocujące. Ono jest dodane na wszelki wypadek. W planach, mam nadzieję, że już bliskich jest postawienie przy tej studni pompy ogrodowej, takiej ręcznej „abisynki”. Pompa ma pełnić rolę czysto ozdobną, ale jak już będzie, szkoda, żeby była bezużyteczna, prawda? Zatem od niej rurę też się spuści do studni, będzie sobie mogła pompować.

Mnie zaś został do przeróbki jeszcze hydrofor. Pierwotnie, dla przypomnienia, wyglądał on sobie tak:

Obecnie wyleciała z tej instalacji pompa, ale cała reszta w sumie mogła zostać. Namówił mnie jednak handlowiec od IBO na zakup sprzedawanego przez nich presostatu, supernowoczesnego, elektronicznego, dającego od razu zabezpieczenie pompy przed wszelkimi kataklizmami, jakie mogą się pompie przytrafić (od powietrza, ognia, suchobiegu i zatoru, zachowaj nas, presostacie!), a ponieważ dzięki wcześniejszemu przekonaniu mnie do mniejszej i tańszej pompy miałem chwilowy nadmiar gotówki, przystałem na propozycję 🙂
Instalacja została przebudowana jedynie w niezbędnym zakresie, udało mi się nawet wykorzystać powtórnie jej fragment ssawny:

Zbiornik musiałem odsunąć trochę w lewo, sama instalacja, ponieważ niebieska rura jest dość wredna jeśli chodzi o jej układanie wedle życzenia, jest dodatkowo podparta podpórką zrobioną z obejmy, pręta gwintowanego i jednego z ostatnich zrzynków kuchennego blatu (lity jesion, znakomity materiał konstrukcyjny, aż szkoda, że się kończy, chyba czas nowy blat do kuchni zamówić 😉 )

Zmontowane, szczelność sprawdzona (po prostu włączyłem pompę przy zamkniętym zaworze, poczekałem aż dobije z ciśnieniem do sześciu barów – nie miała żadnych problemów – i sprawdziłem, czy nigdzie nie kapie), można było puszczać wodę w ogród. Puściłem więc. Zapomniawszy na śmierć, że demontując to wszystko kompletnie zapowietrzyłem instalację  elektrozawory zaś powietrza w instalacji bardzo nie lubią. No cóż, całe życie człowiek się uczy, najlepsza zaś nauka to ta na własnych błędach, teraz przynajmniej wiem, czemu elektrozawory należy przed pierwszym uruchomieniem starannie odpowietrzać. Ano całość instalacji przy próbie otwarcia pierwszego z nich zaczęła mi się rzucać. Tak całkiem dosłownie. Zarówno akustycznie (ŁUP-ŁUP-ŁUP), jak i wizualnie, te rury na ścianie wiły się jak żywe, słyszałem też, że wiją się jak żywe te czarne węże idące dalej w ociepleniu na ścianie, dając dość ciekawe efekty akustyczne. Trwało to krótką chwilę, niezbędną dla mnie na wpadnięcie sobie w szok, wyjście z tegoż szoku, wyłączenie elektrozaworu, stwierdzenie, że nic to nie daje, zawór nadal oscyluje i nie chce się zamknąć, wpadnięcie w panikę, wezwanie na pomoc ogólnobudowlanej bogini i dopiero z jej pomocą opanowanie sytuacji poprzez zamknięcie zaworu odcinającego.
Szkód na szczęście ta akcja żadnych nie spowodowała, choć wyglądało to groźnie, te wszystkie plastikowe rury się po prostu usiłowały zerwać z mocowań. Jedyny stwierdzony problem, to delikatne rozszczelnienie na styku przepływomierza z filtrem, tam coś bardzo delikatnie zaczęło mi kapać. Póki co podstawiłem wiaderko (widać na zdjęciu), zobaczymy. Albo się samo uszczelni albo się nie uszczelni i wtedy poprawię. W każdym razie po odpowietrzeniu instalacji (na elektrozaworach nawet specjalne dynksy do tego są, szlag!) wszystko zaczęło pracować ładnie i cichutko, co jest naprawdę miło odmianą po starej pompie, która upiornie warczała i mimo, że była w piwnicy, dało się ją słyszeć w domu. Dużo większą wydajność pompy dało się też podziwiać i w samym ogrodzie – jakaś słabo zaciśnięta złączka się natychmiast rozłączyła, gdzieśtam się przeciek ujawnił (fontanna na trzy metry w górę)… będzie dobrze! 🙂

 

 

 

email
This entry was posted in , . Bookmark: permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (6)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0137300
Visit Today : 116
Hits Today : 376
Total Hits : 507700
Who's Online : 1
Przejdź do paska narzędzi