Ogrodzenie

Wspominałem jakiś czas temu konieczności wymiany siatki ogrodzeniowej na tyłach Domu w Lesie, bowiem dotychczasowa przestawała już coraz bardziej spełniać swą zasadniczą funkcję (i takie dziki dajmy na to przechodziły pod nią jak chciały):

Na zdjęciu góra ogrodzenia, ale jego dół miejscami wyglądał już podobnie. Cóż, akurat trafiło się kilka dni urlopu jakoby wypoczynkowego, postanowiliśmy się za to wziąć. Oczywiście „temi rencami”, bo jakżeby inaczej? Zasady naciągania siatki ogrodzeniowej w teorii znałem, nie wydawało się to szczególnie trudne, po cóż więc zawracać głowę siłom fachowym? O zasobach własnego portfela nie wspominając.

Do naciągania siatki było mi potrzebnych dwóch pomocników. Pierwszego pomocnika wykonałem z ostatniego chyba kawałka kantówki, jaki mi się został po budowie, kilku kupionych w castoramie haków i kawałka drutu:

Haki wkręcone w belkę w rozstawie „co drugie oczko”, do tego drut, ot tak, by było za co ciągnąć. O, i tu właśnie był potrzebny drugi pomocnik. Z tym było trochę trudniej. Szczęśliwie, pod ręką się znalazło dwóch darmozjadów. I nie, nie mówię tu o własnych dzieciach, ci nawet palcem nie ruszyli, by mi pomóc (choć nie, przepraszam, rolkę siatki mi przez moment przytrzymali) 🙂 Chodziło mi raczej o takie skarby latami przechowywane po kątach, co to potrzebne to do niczego nie jest, ale wyrzucić szkoda. Trzymam takich rzeczy mnóstwo i bywa, że coś z tego czasem się przyda. Takoż i tu:

Po pierwsze: dawno temu, jeszcze na przełomie lat 80/90tych, gdy do Polszy przyjeżdżały z Sajuza całe legiony druziej wyposażonych w kraciaste sakwojaże pełne dóbr radzieckich, ojciec mój miał hobby: chodził niemal codziennie na tzw. „ruski targ” i kupował. Różności kupował, najdziwniejsze dziwy, nierzadko takie, że potem całą rodziną nad tym siedzieliśmy i zastanawialiśmy się, do czego to właściwie służy, zdarzały się wśród tych różności całkiem ciekawe rzeczy (np. z rozrzewnieniem wspominam katalityczne grzałki do rąk/butów, tankowało się je benzyną, uruchamiało, wsuwało do wnętrza walonek, czy futrzanych rękawic i przez dobre dwie-trzy godziny syberyjskie mrozy niestraszne były). Wtedy jakoś, któregoś dnia ojciec przytaszczył z bazaru takie oto cudo:

Ciężkie, toporne, potwornie niewygodne w użyciu (brak „wolnego biegu”, a przełożenie duże, wyciągnięcie całej linki z bębna to ładnych parę, może nawet paręnaście minut mozolnego kręcenia korbą), ale za to bodajże ze dwie tony uciągu toto ma!

I drugi pomocnik, już nie tak niezbędny, jak ten pierwszy, wykorzystany bardziej na zasadzie „bo był” – jest to jeden z elementów wyposażenia alpinisty przemysłowego, jaki wyfasowałem 20 lat temu, na samiutkim początku swej kariery zawodowej: lonża asekuracyjna. Użyta przeze mnie w pracy dokładnie jeden raz, raz na szkoleniu alpinistycznym i potem już nigdy więcej. Aż do teraz, gdy wyciągnięta z wora, w którym leżała (a w którym poszukiwałem karabinków, bowiem pamiętałem, że tam chyba też były) przydała mi się do naciągania siatki 🙂

Powyższe zdjęcia pokazują zresztą cały proces naciągania tejże siatki: zaczepiona jednym końcem o istniejące ogrodzenie, rozwinięta z rolki siatka na drugim końcu miała zaczepionego pomocnika nr 1. Do niego zaczepiony hak lonży asekuracyjnej, pełniącej tu rolę zarówno przedłużacza, jak i mechanizmu umożliwiającego szybkie wybranie luzu (bo dla wybrania metra linki wystarczyło za nią pociągnąć, podczas gdy na wciągarce skrócenie linki o metr to było z 5 minut mozolnego kręcenia korbą). Na drogiej stronie lonży hak wciągarki, sama wciągarka drugim końcem dowiązana do najbliższego drzewa. Deska podpierająca linkę lonży służy tylko do tego, by siatka była ciągnięta w poziomie, a nie po skosie w dół (wciągarkę wiązałem przy ziemi). I tyle: zaczepić, rozwinąć, doczepić, sczepić, podeprzeć, ściągnąć linkę do wstępnego naprężenia całości, kręcić korbą dotąd, aż siatka będzie naprężona i ustawiona dokładnie przy słupkach, ponawlekać pręty mocujące, zwolnić naciąg, zdemontować instalację naciągającą. I następna rolka siatki, początek siatki spleciony z końcem poprzedniej przy pomocy odplecionego wcześniej jednego drutu siatki i całą operację powtarzamy. Wcześniej mozolnie wykręcając z wciągarki linkę. 

Gdy cała siatka już była na swoim miejscu, przyszedł czas na drut naciągowy. Wciągnięty w siatkę, naciągnięty napinaczami, sama przyjemność właściwie, tak mi się przynajmniej wydawało, gdy to robiłem, naciągając napinaczem drut tak, by był faktycznie naciągnięty:

No i tu właśnie przyszły sobie Prawa Murphy’ego i szczerząc się stwierdziły, że jak coś może pójść źle… to pójdzie! Bowiem wszystko mi się ładnie napinało, naciągnięte między krańcami ogrodzenia, które dowiązywałem do istniejącego ogrodzenia sąsiadów. Problemem natomiast stała się wykonana wiosną furtka, pamiętne „drzwi do lasu”. Po operacji napinania drutów okazało się bowiem, że słupki flankujące furtkę zmieniły się w znak zwycięstwa. Niedużo, kilka centymetrów. Ot akurat tyle, by furtka miast opierać się o płaskownik przelatywała swobodnie na drugą stronę, o żadnym jej zamykaniu oczywiście nie było w tym momencie mowy, mogłem ją co najwyżej kołkiem podeprzeć. Szlaaaaag!!!!!

Na zdjęciu poniżej widać pierwszą próbę ratowania sytuacji, gdy okazało się, że samo poluzowanie drutów nie wystarczy, słupki zdeformowały się trwale:

U góry słupków mamy kawał drutu skręcony łomem jako sposób na ściągnięcie słupków z powrotem do pionu. Ściągnęły się, czemu nie. Aż pręt mocujący siatkę ucierpiał (głównie z powodu, że dałem tam jako tymczasowe rozwiązanie pręt fi6, potem dopiero zamieniłem go na uczciwe fi8). Przy okazji jednak okazało się, że problem jest właściwie tylko z lewym słupkiem, który ma za krótką, zbyt blisko słupka położoną przyporę (a jest to konstrukcja oryginalnie jeszcze robiona przez ślusarza, przypora spawana przeze mnie to ta po prawo) i jest to wszystko przy tym zbyt skąpo zabetonowane w ziemi (to już mój błąd), bowiem słupek się nie ugiął, ani nic takiego, po prostu skrzywił się wraz z całym swym fundamentem w gruncie, tym samym zacząwszy się ruszać.

Cóż, odkopałem cholerę z jednej strony, potem z drugiej, na każdą stronę poszło dodatkowo po pół taczki betonu, teraz słupek już ani drgnie. jednakże, ponieważ powtórne, słabsze już napięcie drutów i tak odgina słupek o kilka mm od pionu, chyba jeszcze dorobię mu tą przyporę symetrycznie do tej prawej. Jakiś kawałek profila się znajdzie jeszcze, a będzie wtedy już dokładnie tak, jak należy.

 

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2017 (17)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0106105
Visit Today : 12
Hits Today : 408
Total Hits : 391585
Who's Online : 2
Przejdź do paska narzędzi