Wojny kunickie – reaktywacja

Toczone niegdyś w Domu w Lesie pamiętne Wojny Kunickie doczekały się dość zaskakującego ciągu dalszego, zapraszam do lektury 🙂

O wojnach kunickich było dużo w moim muratorowym Dzienniku Budowy, w skrócie – od początku budowy domu miałem liczne przeboje z kuną (niekoniecznie jedną), która usilnie mnie przekonywała, że to jej las i jej dom. Przepychałem się z nią już w trakcie budowy (np. nawzajem sobie znaczyliśmy terytoria), potem, już po naszym zamieszkaniu, kuna również zamieszkała w konstrukcji dachowej, skąd, dzięki niedbalstwu wykonawcy zabudowy poddasza znalazła przejście do warstw ocieplenia wprowadzając się nam do pokoju Wyjątka. Skutkowało to koniecznością wykonania kompleksowego remontu poddasza w tym rejonie, wymiany całego ocieplenia, potem kuna była odstraszana, truta, zwalczana bronią chemiczną, biologiczną, aż w końcu została żywcem ujęta i wywieziona „za wodę” (do Lasku Bielańskiego), co ja zresztą będę opisywał ponownie, sami zobaczcie, jak było:


To było już dawno temu. Mieszkamy w lesie, więc nie mieliśmy złudzeń, nigdy nie będziemy mieszkać sami i faktem jest, że dość regularnie nam nocą coś po dachu galopuje, dzieje się tak jednak zwykle od przypadku do przypadku, nic nie wskazywało, żeby coś nam się wprowadziło na stałe. Ostatnio jednak, coś tak jakby częściej. Dodatkowo, gdy pewnej nocy słyszałem tupot po dachu i zerwawszy się spod kołdry otworzyłem okno połaciowe, gdy wystawiłem przez nie głowę, spotkałem się z kuną niemalże nos w nos 🙂 Cóż, klatkę mam, postawiłem ją zatem ponownie. Z jajkiem w środku. 

Najpierw stała jakieś dwa tygodnie nawet nietknięta. Ba, ponieważ w międzyczasie śniegiem posypało, nie widziałem nawet, by cokolwiek żywego do niej podchodziło na bliżej, niż metr. Tak było do wczoraj wieczór, kiedy wróciwszy do domu robiłem obchód włości. Dziś rano, wstawszy skoro hejnał, schodzę sobie na dół, po drodze wyglądam tradycyjnie przez okno na podwórze, rzut okiem w stronę klatki… kurcze, ja krótkowidz jestem, w okularach nie śpię, wadę mam co prawda bardzo niewielką, ale ta klatka jakaś taka… inna. I w dodatku rudopomarańczowa jakby? 
Poszedłem najpierw po okulary, patrzę okiem uzbrojonym, ale nadal nie wiem, co widzę. Kurcze, tam chyba coś siedzi. Ale u licha, kuny nie mają takich kolorów! To co ja złapałem? Pikachu? 

Sięgnąłem po lornetkę. I było wszystko jasne: 

Takiego oto kotecka złapałem… Oczywiście kotecek został wypuszczony (nawet, jak w opisie filmu podaję, podziękował), samą klatke zaś ponownie otworzyłem i zostawiłem, póki co bez żadnej przynęty, miałem ja dołożyć później. Nie zdążyłem jednak. Dwie godziny później klatka znów była pełna, tym razem kociej furii, miauczącej w sposób ewidentnie obelżywy, najwyraźniej zwabionej samym zapachem poprzednika:

No dobra, co będzie następne? W okolicy mamy całkiem sporo kotów  z chowu wolnowybiegowego, nasz dom zaś stoi na stałej trasie patrolowej pokaźnej ich ilości, coś mi się zdaje, że będę miał okazje przeliczyć je dokładniej 🙂 

PS: kocich właścicieli rozpoznających swych pupili przepraszam, nadwrażliwców zaś i „życzliwych” szukających już namiarów do Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami informuję, że zwierzętom nie czynię i nie będę czynił żadnej krzywdy, wszystko, co się w tą klatkę złapie, zostanie z niej uwolnione najszybciej, jak to możliwe, bez czynienia zwierzęciu żadnej krzywdy. Najwyżej, jeśli klatka spełni pokładane w niej nadzieje, zostanie wcześniej znów przewieziona na drugą stronę Wisły.

email
This entry was posted in , . Bookmark: permalink.

3 Responses to Wojny kunickie – reaktywacja

Grażyna
Commented:  20 marca 2017 at 17:13

Gdyby ten marcheewkowy koteczek okazał się bezpański, to chętnie go przygarnę :o)Pozdrawiam wiosennie

    No niestety, ani nie wyglądał na bezpańskiego, ani więcej się u nas nie pokazał. Za to, od opisywanego tu czasu złapał się nam jeszcze jeden kot, tym razem był to kot sąsiadów. I o tyle kicha wyszła, że to sąsiedzi go znaleźli pierwsi, namierzywszy przez ogrodzenie miauczące nieszczęście u nas na podwórku, w jakiejś podejrzanej klatce. Na szczęście byli wyrozumiali 🙂

Grażyna
Commented:  21 marca 2017 at 14:08

Szkoda, uwielbiam rude kotecki :o), to taki wesoły kolorek na futrzaku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2017 (19)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0109316
Visit Today : 52
Hits Today : 100
Total Hits : 401997
Who's Online : 1
Przejdź do paska narzędzi