Historia Telekomunikacji – część 16

Radiolinie – jakie są, każdy widzi. Wystarczy zadrzeć głowę i na dowolny większy budynek w miejskich warunkach spojrzeć, jeśli tylko budynek się wyróżnia wysokością z otoczenia, niemalże na 100% się na jego dachu takowe znajdą:

6823638979_d747c9c990_o(Biprostal Kraków, zdjęcie: Maciej Janiec, licencja: CC)

Z technicznego punktu widzenia radiolinie stanowią alternatywę dla kabli/światłowodów, para radiolinii stanowi po prostu połączenie punkt-punkt i służy do przesyłu strumienia danych między tymiż punktami. Radioliniami łączą swe lokalizacje różne firmy i instytucje, radioliniami dostarczają usługi (w tym internet) różni więksi i mniejsi providerzy, w oparciu o radiolinie wreszcie działa znaczna część operatorów telekomunikacyjnych, którzy nie mieli tego szczęścia być przez kilkadziesiąt lat jedynym operatorem w kraju i nie mają własnej sieci teletransmisyjnej. Po prostu, zrobienie łącza radiowego między jakimiś punktami jest o wiele prostsze i tańsze od położenia między tymi punktami światłowodu.
Widoczny na powyższym zdjęciu dach ma szczęście stać niemalże w samym centrum Krakowa, jednocześnie dominując nad nim swą wysokością i jak widać, jest przez to wykorzystany do granic możliwości. Byłem na tym dachu kilkakrotnie i mogę dodać to, czego może na fotografii nie widać, że tam wręcz ciężko się poruszać, bo wszędzie stoją albo konstrukcje wsporcze albo koryta podpierające kable i falowody, a jeśli nawet gdzieś jest wolny fragment, to na mur akurat w tym miejscu krakowskie gołębie postanowiły urządzić sobie toaletę (a’propos gołebiej toalety – na dachu jest widoczna zgrabna rotunda, jej przeznaczenie jest dla mnie niejasne, nie mam pojęcia, czemu ona miała służyć pierwotnie, jest ona w każdym razie w niepodzielnym władaniu gołębi, a wewnątrz latem ciężko było wytrzymać, w oczy szczypało od smrodu po prostu).

Dobra, po tym wprowadzeniu wróćmy do chronologii historii mej. Fastlink się kończył, mój pracodawca odnajdując się w roli korporacji też robił co mógł, by pogorszyć swą pozycję na rynku telekomunikacyjnym, do czego solidnie w naszym grajdole przyczyniła się też iście genialna decyzja strategiczna o zaprzestaniu rozwoju technologii GPON, która już wtedy była zakontraktowana u nas przez TPSA, trwały testy walidacyjne, kompletowane były pierwsze zamówienia i właściwie wszystko wskazywało na to, że będzie to kolejny dobry biznes (a tak promowany obecnie „Orange Światłowód” miałby szansę zawitać do nas kilka lat wcześniej), niestety jakiś geniusz marketingu uznał, że ta technologia nie ma przyszłości. I skreślił. Cóż, w związku z tym TPSA, która była wtedy już na prostej drodze do zostania obecnym „orędżem” też nas skreśliła, rezygnując z naszych IPDSLAMów na rzecz chińskich, a ponieważ my w tym momencie zostaliśmy tak jakby trochę na lodzie, zaczęły się wielkie porządki wewnątrzfirmowe.

W ramach owych porządków Siemens pozbył się właściwie całej branży telekomunikacyjnej, co dla szarego człowieka było widoczne choćby na rynku GSM: produkowane wtedy przez Siemens i uważane przez wiele osób za najlepsze na rynku telefony komórkowe zostały sprzedane tajwańskiej firmie Benq, gdzie najpierw ekspresowo pozbyły się miana najlepszych na rzecz innego określenia (też z „naj” w nazwie), a bardzo niedługo potem zmarły w nędzy i zapomnieniu. Nas zaś, pracowników branży w całości wraz ze służbowym wyposażeniem, kontraktami i klientami sprzedano do Finlandii. Dla niepoznaki tworząc zupełnie nową spółkę o magicznej nazwie: Nokia Siemens Networks. Kolejność członów w nazwie, jak się rychło okazało, nie była przypadkowa: przede wszystkim była to Nokia, potem dopiero Siemens i na samym końcu Networks. 
Nie wiem,  jak wcześniej, nie wiem, jak teraz, ale wtedy Nokia była stuprocentową korporacją, taką żywcem wyjętą z kawałów o korpoświecie. Kompletnie nietechniczni managerowie, wyjazdy integracyjne, oceny pracowników, szkolenia interpersonalne, przy których te omawiane w poprzednim odcinku blado wyglądały (np. wykupione za ciężkie pieniądze szkolenie dla wszystkich pracowników u jakiegoś amerykańskiego magika, który nauczał odpowiedniego stosunku do pracy wyrażanego chóralnym wznoszeniem okrzyków „woooow” – nie, nie żartuję!). 
Zaczęło się z hukiem już od samego Wielkiego Dnia, w którym połączenie się odbyło: wynajęta ogromna sala konferencyjna, tłumacze kabinowi, telemosty do oddziałów mieszczących się w innych krajach, wyświetlany na telebimach chat online (i pamiętne, przeoczone przez moderację zdanie nadesłane przez anonimowego pracownika ze świata: „Czy wy naprawdę nie macie na co wydawać pieniędzy?„), wszystko po to, by sobie powyświetlać slajdy, jacy jesteśmy wielcy i wspaniali i by parę Najważniejszych Osób w Firmie mogło wygłosić prelekcje. Początek jednej z nich utkwił mi w pamięci, może dlatego, że wygłosił ją człowiek, który został moim pośrednim przełożonym. Pośredniość polegała na tym, że w drabinie firmowej człowiek ów był względem mnie tak gdzieś na poziomie gwiazd na niebie. Elegancko odziany dwudziestoparo, może trzydziestolatek (na oko), który wyszedł na scenę, wcześniej zapowiedziany jako MegaHiperDyrektor i rozpoczął swą przemowę od słów „Kiedy w zeszłym roku rozpocząłem pracę w naszej firmie…”. Cóż, ja wówczas obchodziłem dziesięciolecie zatrudnienia „w naszej firmie”, ale oczywiście, to tylko czcza zazdrość z mojej strony, nie każdy przecież zasługuje, by stać się dyrektorem. Zwłaszcza niemal od razu po zatrudnieniu i niedługo po ukończeniu szkół.
Nas, szarych pracowników technicznych, wobec gwałtownie kurczącego się nam zajęcia na naszych dotychczasowych działkach, rozparcelowano do innych zadań. Nie wiem, czy ktoś z nas otrzymał akurat wakującą posadę dyrektora czegośtam, ja niestety się nie załapałem, wezwany do przełożonego na dywanik dowiedziałem się, że mogę robić karierę jako spec od radiolinii. Wyboru właściwie nie miałem, oczywiście przystałem na to od razu. Zwłaszcza, że miało to ten wielki plus, że niemalże od razu zostaliśmy silną grupą wysłani na szkolenie z nowej technologii i nowego sprzętu, szkolenie o tyle atrakcyjne, że zlokalizowane w Mediolanie.

Zdjęcie przedstawia zajęcia praktyczne z tematu, w przykucu nasz instruktor, po prawo zaś – silna grupa przyszłych specjalistów od radiolinii o wdzięcznej nazwie FLEXIHYBRID. Mnie na zdjęciu nie ma, znajduję się po drugiej stronie obiektywu 🙂

Szkolenie było fajne, o naszym pobycie w Mediolanie w sumie mógłbym osobny odcinek napisać, ale ponieważ mało miałby on wspólnego z telekomunikacją, a znacznie więcej z obgadywaniem kolegów, pomińmy 😉
Po powrocie mieliśmy chwilę przerwy, bowiem nowopowstała firma Nokia Siemens Networks wobec kryzysu w branży, braku nowych kontraktów i kruszących się zamówień zajęła się rzeczami najpilniejszymi: wynajęciem sporej części nowobudowanego luksusowego biurowca w najdroższej biurowej dzielnicy Warszawy, wyposażeniem go i przenosinami firmy do nowej, lepszej lokalizacji.
Ogarnąwszy przeprowadzkę, nowe meble, biurka, krzesła, podziemne parkingi i tym podobne rzeczy mogliśmy zająć się naszym nowym kluczowym klientem: Polkomtelem. To znaczy, może klient nie był taki nowy, bo z Nokią współpracował już od dawna, niemniej miał być głównym odbiorcą Flexihybrida, radiolinie te miały zastąpić stare nokijskie rozwiązania i dzięki swej dość dużej przepustowości zapewnić komórkowym klientom (dla niezorientowanych: Polkomtel szarym konsumentom jest szerzej znany jako Plus GSM) większy komfort łączności, zwłaszcza że 3G wtedy było już całkiem popularne, a 4G właśnie wchodziło. 
Prace zaczęliśmy od zbudowania Polkomtelowi obiektu do testów. Dwie kompletne radiolinie, w różnych wykonaniach zostały zbudowane w całości w bardzo okazałym i robiącym spore wrażenie polkomtelowym laboratorium na Mokotowie, przy czym z braku fizycznej możliwości zrobienia tego tak, jak to się odbywa w naturze (dwie radiolinie patrzą na siebie z dachów dwóch budynków, a między nimi kilka kilometrów odległości), łącze radiowe zostało zasymulowane przez falowód z wstawionymi tłumikami mikrofalowymi. Na zdjęciu poniżej są widoczne wewnątrzbudynkowe części radiolinii (IDU) oraz regulowane tłumiki mikrofalowe:

Po drugiej stronie stojaka zaś mamy to, co normalnie by było zainstalowane gdzieś na maszcie albo przynajmniej na dachu i wyposażone w kierunkową antenę, czyli część zewnętrzna radiolinii, ODU (nazwy to oczywiście skróty od OutDoor Unit i InDoor Unit):

Na tychże urządzeniach polkomtelowi inżynierowie robili sobie testy, musiały one wypaść obiecująco, ponieważ całkiem niedługo po tym rozpoczęliśmy montować pilotażowe radiolinie systemu Flexihybrid w Krakowie. zanim to jednak nastąpiło, trochę testów wykonaliśmy tutaj sami, za każdym razem wnosząc do tego labu własny sprzęt pomiarowy oraz laptopy, co się wiązało z codzienną koniecznością odbycia procedury przechodzenia przez polkomtelową portiernię. Wyposażoną w bramkę wykrywającą metale (jak na lotnisku) oraz to, co najpiękniejsze: książkę do wpisywania szczegółów (łącznie z numerami serii) wnoszonego i wynoszonego sprzętu.

Co (dygresja na zakończenie będzie) przypomina mi identyczne procedury bezpieczeństwa, jakie miały miejsce przy wjeździe na teren Petrochemii Płockiej, gdzie wcześniej jeździłem służbowo. PP miała własną telefonię, kiedyś wewnątrzzakładową, potem świadczącą usługi również dla mieszkańców Płocka jako prywatny operator, mieli oni naszego Fastlinka, tamże takie procedury były co prawda odrobinę bardziej zrozumiałe, ale i tak wzbudzały odrazę. A bywało, że i wybuchy śmiechu. Na teren Petrochemii wjeżdżałem samochodem, którego bagażnik bywało, że miałem pełen różności. Któregoś razu pojechałem tam mając w bagażniku prywatną wiertarkę, taką zwykłą zieloną „boszkę”. Strażnik robiący mi rewizję bagażnika rzucił się na ta wiertarkę jak kot na sperkę, ponieważ nie umieściłem jej na liście wwożonego sprzętu. Otwiera jej walizkę, bierze wiertarkę w dłoń i z miną „a tu cie mam, dywersancie jeden!” zaczyna przesłuchanie:
– co to jest?!
– wiertarka – ja na to – ale to prywatne.
– dlaczego nie jest wpisana na listę? – pyta z miną wyraźnie świadczącą o tym, że on wie dlaczego, nie wyprę się!
– bo to prywatne – mówię spolegliwie – tak, wiem, powinienem wpisać, ale co ja mam tu wpisać, wiertarka sztuk 1?
– numer pan musi wpisać!
– jaki numer? Przecież tu nie ma żadnego numeru.
– musi być numer!
– no ale nie ma, niech pan sam zobaczy!
Obejrzał, pomruczał coś pod nosem, po czym w książkę, w rubrykę „numer serii” wpisał podane na tabliczce znamionowej maksymalne obroty wiertarki. Numer ma być i koniec!

 

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

2 Responses to Historia Telekomunikacji – część 16

świetnie się czyta te teksty oby ich było jak najwięcej. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0156500
Visit Today : 98
Hits Today : 188
Total Hits : 565276
Who's Online : 2