Historia Telekomunikacji – część 15

Przy okazji robienia porządków w zdjęciach wypłynęło mi kilka ilustracji do ostatnio opisywanych rzeczy, więc zanim zacznę opisywać zapowiadane ostatnio radiolinie, jeszcze mała retrospekcja.

Panie i Panowie, oto RONiU Warszawa!

Zdjęcie było robione na dość wczesnym etapie, jeszcze z prowizorycznym okablowaniem i częściowo jedynie zmigrowanymi obiektami. W lewym racku mamy od dołu serwery systemów zarządzania Fastlinkiem a u góry dwie półki konwerterów ethernet/E1, właśnie tych, o których niedawno wspominałem. Pomiędzy zaś – zapas kolorowych patchcordów, którymi potem robiłem całe okablowanie już na ładnie i elegancko. W prawym racku – kontroler domeny, serwer integrujący nasze aplikacje w jedną platformę, serwery zarządzania systemem szerokopasmowym (DSLAM, szerzej znany jako Neostrada) oraz jeden serwer wówczas zapasowy, sprzedany jako platforma pod GPONa, co się z nim w końcu stało – nie mam zielonego pojęcia.

Kolejne dwa zdjęcia przedstawia lewy rack od tyłu, owo prowizoryczne okablowanie widać w całej okazałości, zrobione było na byle jak, ponieważ serwery przyszły bez prowadnic kablowych (ktoś podobno tak skompletował zamówienie, trzeba było domawiać, trochę to trwało). Nad serwerami widać jeszcze jedną półkę konwerterów oraz switche:

Na tych zdjęciach wygląda to jak jedna wielka masakra, potem zrobiłem to na ładnie i elegancko, przebudowawszy lekko szkielet (pierwotne założenia się powiedzmy, nie sprawdziły), kolorowymi patchcordami (kolor = pełniona funkcja) i wszystko w prowadnicach i/lub pospinane trytytkami. Niestety, nie przyszło mi do głowy uwiecznić, choćby na pamiątkę 🙁
Na tych ostatnich zdjęciach widać jeszcze dwa patchpanele z gniazdkami – są to „drugie końce” gniazdek ethernetowych zabudowanych w podłodze dość sporej sali tworzącej właściwe RONiU (bo to, co widać na zdjęciach to serwerownia). Właściwe RONiU było sporą salą wyposażoną całkiem jak uczelniana aula bądź większa klasa szkolna (w zbudowanym później ogólnopolskim ośrodku nadzoru w Poznaniu była to nawet najprawdziwsza aula, z pochyłą podłogą i rzędami stołów tworzącymi wznoszące się „piętra”) w stojące rzędem stoły, na stołach komputery, przy komputerach pracownicy 🙂 Nawet był wielkoformatowy ekran centralny w formie rzutnika wyświetlającego na ścianie ogólny stan systemów, listę aktualnych alarmów itp, było to jednak używane dość krótko z uwagi na ograniczoną trwałość (wtedy) lampy w rzutniku.

Drugie znalezisko, które mi się wyszukało, to fragment jakiegoś obiektu z Radomia, najprawdopodobniej był to OLT mieszczący się na samym radomskim hoście, robiłem te zdjęcia dokumentując prace poprawkowe po podwykonawcy, któremu delikatnie mówiąc, trochę nie wyszło. Pierwsze zdjęcie przedstawia półkę teletransmisyjną z dwoma węzłami SDH STM-1. Poniżej widać szczyt samego OLTa, widać też coś, o czym pisałem omawiając samą strukturę Fastlinka, pokazałem wtedy zdjęcie OLTa z materiałów szkoleniowych, w formie czyściutkich, zgrabnych półek, dodając o ile pamiętam informację, że normalnie dochodziła do tego ogromna masa okablowania. Na tymże zdjęciu widać drobny fragment owej masy:

I druga strona owego okablowania – przełącznica teletransmisyjna DDF, zabudowana porządnie w stojakach Telefonii Nośnej (widać po lewo, pisałem kiedyś o tym, bardzo porządne stojaki, często były wykorzystywane jeszcze długo po zezłomowaniu samej zawartości):

Na zdjęciu jeszcze niepokrosowane „nasze” łączówki, a dalej w głębi zasoby TPSA. Na boku stojaka wisi sobie na czerwonej lince „dyżurny” nóż Krone, za nim zaś, widoczny jedynie jako czerwona plama nóż Reichle & De-Massari, będący moim zdaniem najlepszym nożem do krosowania, jaki istnieje. Same łączówki R&M też zresztą były moimi ulubionymi, od biedy kompatybilne z Krone, były dużo wygodniejsze w pracy, choćby z uwagi na to, że były fabrycznie wyposażone w bardzo wygodne prowadnice, do których krosówkę wystarczyło wsunąć, a sama wychodziła w odpowiednim miejscu (podczas gdy w Krone trzeba było ją samemu motać przez dość wredne uszy po bokach i upychać między łączówkami):

Zdjęcie przedstawia łączówkę jeszcze bez krosówek, widać tylko przewody strony kablowej, brak też opisów.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o retrospekcję, ale ponieważ wpis wyszedł długawy, radiolinie będą następnym razem. Tu zaś, na zakończenie, będzie o szkoleniach 🙂

Szkolenia przy naszym profilu działalności są niezbędne. Stopień komplikacji sprzętu IT jest na tyle ogromny, a ilość jego odmian tak bardzo rozległa, że bez szkoleń po prostu się nie da, żadna szkoła, nawet najlepsza tu nic nie da (choćby dlatego, że to się za szybko zmienia), pracodawca zatrudniając człowieka musi go szkolić. Inaczej się nie da, szkolenia są niezbędne do pracy. Amen!

 

Tak, tak,  zorientowane w tematyce osoby mogą już przestać parskać śmiechem i robić ironiczne miny, to co wyżej napisałem, to oczywiste pobożne życzenia, mające tym mniej wspólnego z rzeczywistością im dalej się od Złotych Lat telekomunikacji w Polsce odsuwamy. Jaka zaś owa rzeczywistość wyglądała u mnie?
Na początku było nieźle. Szkolenia były, było ich sporo, często za granicą (wspominałem o szkoleniach w Monachium, ale wynikiem kooperacji mojego pracodawcy z koreańskim Dasanem były i nawet szkolenia w Seulu) robiliśmy bardzo wartościowe na rynku IT szkolenia branżowe (Cisco, Juniper, Windows), nawet by nas zmotywować mieliśmy to ustawione tak, że od uzyskania branżowego certyfikatu (do czego potrzebne było zdanie egzaminu) była uzależniona jakaś część naszej premii uznaniowej, wtedy dość hojnej.

Potem – niestety. Raz, że na branżę telekomunikacyjną nadciągnął kryzys, dwa że mój pracodawca zaraził się korpowirusem i niestety się popsuło. Szkolenia techniczne zostały dla kadry inżynierskiej mocno okrojone, gdy kiedyś na takie szkolenie wysyłano całą grupę, tak potem standardem stało się, że na szkolenie jechała jedna osoba, a reszta miała wiedzę pozyskiwać na drodze osmozy, bywało wręcz, że w ogóle szkoleń nie było, bo miały być, ale jakiś krawatowy decydent skreślił je z planu wydatków (ciekawe przy tym, że jakieś tajemne szkolenia kadry managerskiej skreślane nie były nigdy), bynajmniej przy tym nie skreślając samego sprzętu i konieczności jego obsługi, więc niejedno urządzenie poznawało się samemu na podstawie dokumentacji.

Do tego jednak doszło to, co korpoświat odróżnia od świata normalnego: szkolenia absurdalne. Ładnie dla niepoznaki zwane szkoleniami interpersonalnymi. O, na to kasa jakoś była, często podobno gigantyczna i tu jakoś nie było problemu, by na takie szkolenie wysłać wszystkich. W wyniku takiego szkolenia dowiadywaliśmy się przykładowo takich rewelacji, jak to, że gdy wkurzony klient dzwoni do nas na numer alarmowy i piekli się, że coś nie działa, to absolutnie mamy nie zaczynać od dochodzenia co nie działa, gdzie nie działa i co się stało, że nie działa, tylko pierwsze i najważniejsze, co mamy wtedy powiedzieć, to „Dziękuję za zgłoszenie problemu”, koniecznie z odpowiednią, sztucznie ugrzecznioną intonacją. Oj, do dziś pamiętam, jak dzikim zbiorowym rechotem zareagowaliśmy na tą tezę i jak bardzo prowadząca szkolenie pani się wtedy na nas zdenerwowała.
Poniżej fotografie trzech dyplomów z takich szkoleń, które udało mi się odnaleźć. Co najmniej drugie tyle gdzieś mi zaginęło, powiedzmy, że nie traktowałem ich jako Moje Wielkie Osiągnięcia i nie oprawiałem w ramki 🙂
Pierwsze szkolenie z poniższych, z naszego, technicznego punktu widzenia było właściwie stratą czasu, ale tak w sumie było to dość dobrze prowadzone, ciekawe szkolenie z technik komunikacji międzyludzkich, dość ciekawie prezentujące, jak w dyskusji wodzić dyskutanta za nos, jak się wypowiadać (czy to w mowie, czy w piśmie) by uzyskać to, co się chce, na szkoleniu było sporo ćwiczeń praktycznych i może nie powiem, że po nim stałem się mistrzem w prowadzeniu rozmów, ale na pewno wielu rzeczy zacząłem być świadom, co się przydaje bardzo choćby w czasie rozmów z różnego rodzaju agentami czy akwizytorami (których z takiego czy innego powodu nie można spławić prostym rozłączeniem rozmowy). To szkolenie, którego odbycie potwierdza pokazany dyplom było szkoleniem teoretyczno-praktycznym, mieliśmy jednak takie jeszcze jedno. Prowadzone przez pana, który był jednoosobową firmą szkoleniową, a przy tym absolutnym mistrzem w temacie, jak sam o sobie mówił, specjalizującym się raczej w treningach jednoosobowych dla managerów wyższego szczebla. Pan ten (pamiętam tylko, że przedstawiał się imieniem Aleks) teorii nie wykładał w ogóle, prowadził zajęcia tylko praktycznie, odgrywając wraz ze studentami scenki rodzajowe i praktycznie pokazując różne techniki prowadzenia rozmów. Miał tych technik od groma, demonstrował je nam po prostu prowadząc rozmowę i wykorzystując daną technikę. Mówił, że teraz będzie zainteresowany rozmową. I był. Potem obwieszczał, że będzie nas skrycie zniechęcał do kontynuowania tematu. I robił to w sposób perfekcyjny, cały czas udając zainteresowanie, niby podtrzymując rozmowę, ale jednak ciągle zwodząc rozmówcę na manowce. Gdy trafiło na mnie (bo rozmawiał z jedną osobą, reszta słuchała i się uczyła) i akurat trafiło mi się, że będzie się starał mnie wyprowadzić z równowagi, mimo, że byłem tego świadom (zapowiedział to) i mimo, że bardzo się starałem zachować zimną krew, błyskawicznie wyczuł moje słabe punkty i tak się po mnie przejechał, że zacząłem się jąkać, ręce mi się trzęsły i nie byłem w stanie merytorycznie rozmawiać. I nie, nie zwyzywał mnie, nie krzyczał na mnie ani nic takiego, rozmowa była za każdym razem na jakiśtam konkretny wymyślony temat i nic ponadto, sam sposób jej prowadzenia był po prostu raz taki a raz inny. Mistrz, prawdziwy mistrz manipulacji.
Drugi z przedstawionych dyplomów to było czyste kuriozum. Myślę, że tego typu szkolenia są właśnie fundowane wszystkim tym młodym ludziom, którzy następnie pracują jako telefoniczni konsultanci w różnego rodzaju infoliniach. Na tym szkoleniu nam też usiłowano wpajać absolutną niezbędność wygłaszania plastikowych formułek („dziękuję za zgłoszenie problemu”), tyle, że my nie byliśmy wtedy świeżo zatrudnionymi studencikami, a stosowania owych bzdetów nikt od nas nie wymagał pod groźbą niewypłacenia premii, więc potraktowaliśmy całe to szkolenie po prostu jako dobry dowcip, o tyle miły, że było to szkolenie wyjazdowe połączone z… powiedzmy kolacją w hotelowej restauracji. A że Pani Monika była na nas trochę zła za zbiorowe wyśmianie jej tez – cóż, odbiła sobie z pewnością na innej grupie, my naprawdę nie chcieliśmy jej sprawić przykrości, po prostu każdy z nas wyobraził sobie w tym momencie reakcję tepsianego pracownika utrzymania dzwoniącego do nas z informacją, że teletransmisja leży, dwa tysiące abonentów nie ma sygnału, a my mu dziękujemy za zgłoszenie problemu. No i nie dało się nie śmiać.

Trzeci z prezentowanych dyplomów jest pokłosiem szkolenia z analitycznego rozwiązywania problemów. W skrócie: nauczało, że prawidłowe zebranie informacji o problemie jest najczęściej gotowym kluczem do rozwiązania: co nie działa, a co działa, gdzie nie działa, a gdzie działa, kiedy, dlaczego, co zostało zrobione, jaki miało skutek, pewne schematy postępowania po prostu. Przydatne, nie powiem, ale równie oderwane od rzeczywistości, jak parodiowane „wojskowe” instrukcje, kto ciekaw, niech sobie wygoogla choćby ” instrukcję korzystania z toalety” 🙂 W ramach części praktycznej szkolenia serwisowaliśmy na przykład (wirtualnie rzecz jasna) przemysłową maszynę do ciągłego wypieku hurtowych ilości donutów (no tych z dziurką). Produkowane donuty miały wadę, trzeba było umiejętnie zadanymi pytaniami dojść do tego, gdzie tkwi przyczyna i zlikwidować ją minimalnym kosztem.

20161104_115027

I tyle na dziś, w następnej części będzie już o radioliniach na 100%, obiecuję!

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0147931
Visit Today : 132
Hits Today : 393
Total Hits : 541508
Who's Online : 1