Historia Telekomunikacji – część 12

Po wprowadzeniu teoretycznym, czas na historię właściwą, historię mojej kariery jako fastlinkowego specjalisty 🙂

onu_2_siemens(ONU, foto: www.mptelecom.pl)

Po przeszkoleniu i kilku krótkich delegacjach, w czasie których byłem „na przyczepkę” dodany do pomocy innym, bardziej już doświadczonym „uruchamiaczom” (Specjalista Do Spraw Uruchomień) i o których nawet nie ma co opowiadać, zostałem wysłany na pierwszą samodzielną robotę: rejony Rybnika i Raciborza wraz z całym mnóstwem okalających je wiosek i wioseczek. Ówczesny mój przełożony zapytał krótko:
– poradzisz sobie sam?
– chyba tak – odparłem, zamierzając dalej się trochę pokrygować – typowe rzeczy zrobić potrafię…
– a od nietypowych masz telefon – wpadł mi w słowo – weź z magazynu jeszcze jakieś materiały, bo tam brakowało, tu masz specyfikację, pobierz kasę na zaliczki i spadaj.

Tu na moment zapauzujmy. W późniejszych latach mieliśmy już takie cudeńka, jak karta paliwowa, czy korporacyjna karta kredytowa, ale w końcówce lat 90tych, choć karty kredytowe już działały, przeważały jednak rozliczenia gotówkowe. My zaś, jeżdżąc w delegacje na całe tygodnie trochę tej gotówki potrzebowaliśmy, hotele, paliwo do służbowego samochodu, różne nieoczekiwane wydatki dodatkowe – z całego miesiąca potrafiły się z tego uzbierać tysiące złotych. Praktykowanym w firmie zwyczajem, pracownicy delegacyjni na początku każdego miesiąca rozliczali delegacje z poprzedniego i brali zaliczkę na miesiąc kolejny. Brało się wedle własnego uznania, ponieważ była to kasa do skrupulatnego rozliczenia, więc jak się brało za dużo, to i tak trzeba było potem zwrócić, bo wg oficjalnych rozliczeń, „zostało” przecież. Różnie to wychodziło w praktyce, były w firmie osoby, które z miesiąca na miesiąc coraz większe zaliczki brały, by móc pokryć manko z miesiąca poprzedniego, a potem, gdy nadchodził koniec roku finansowego i konieczność rozliczenia się „do zera”, nagle stawały wobec konieczności oddania równowartości dwóch albo i trzech pensji.
No, ale to był przypadek szczególny, zwykle to działało bezproblemowo, się brało powiedzmy 5000zł, wypłacane na przykład w formie przewiązanego bankową banderolą pliku 50złotówek, się wsiadało w samochód i się jechało w tak zwaną siną dal. Tu przypomina mi się przygoda kolegi z pracy, którego gdzieś w drodze zatrzymała policja. Standardowo, było ograniczenie, kolega, powiedzmy, że się zagapił, za krzakiem akurat stał radiowóz. Dalej nastąpiła standardowa rozmowa znana każdemu dużo jeżdżącemu kierowcy, w czasie której i mój kolega i pan policjant na wyścigi się wzajemnie przekonywali, który z nich mniej zarabia i któremu bardziej w domu bezrobotna żona lamentuje i dzieci głodne płaczą, malutkie takie. Została nawiązana nić wzajemnego porozumienia, ustalona kwota, odpowiednio mała, żeby tym biednym dzieciom choć na margarynę do chleba starczyło, po czym kolega wyciągnął z kieszeni obanderolowaną jeszcze paczkę banknotów…

Taki samodzielny kontrakt był ciekawą szkołą życia, swoją drogą. Pomijając nawet kwestie własnej wygody, zorganizowania sobie rozkładu zajęć, noclegów, znalezienie odpowiedniego hotelu (odpowiedniego dla gości „delegacyjnych”), samo wejście w taki kontrakt w połączeniu z naszą polską rzeczywistością, zwłaszcza panującą wtedy w TPSA dawało niezłą szkołę. Od przełożonego dostawałem krótkie polecenie:
– Jarek, jedziesz do Rybnika, tam już montaż się zakończył, można uruchamiać. Co jest gotowe do uruchomienia dowiesz się od Czarka (manager projektu), weź od niego telefon do firmy, która tam spawa światłowody, energetyka sobie poszukaj na miejscu, bo Czarek też chyba nie zna – i to było wszystko, co wiedziałem. Musiałem od handlowca albo kogoś „biurkowego” obeznanego z tematem wyrwać kontrakt, albo przynajmniej spis obiektów i ich wyposażenia, jakieś podstawowe założenia kontraktu, co ma być zrobione i gdzie, musiałem mieć namiar na kogoś, kto na miejscu temat ogarnia od strony instalacyjnej i to wystarczało na początek.

Uruchomienie fastlinkowego kontraktu składało się z dwóch zasadniczych etapów: uruchomienie OLTa, czyli głównego powiedzmy koncentratora stojącego gdzieś w obiekcie TPSA oraz uruchomienie wszystkich szaf terenowych ONU. W Rybniku (szeroko rozumianym) OLTy były trzy. Jeden w samym Rybniku, drugi w Raciborzu, trzeci zaś w Żorach. Kiedy tam pojechałem, gotowy do uruchomienia okazał się być ten Raciborski, nawet nie tyle gotowy do uruchomienia, co już wstępnie uruchomiony, bo ktoś już zrobił to przede mną. Włączył zasilanie, powgrywał do kart oprogramowanie, postawił w pokoju nadzoru centrali komputer, na którym zainstalował system zarządzania nad Fastlinkiem. Od tego komputera zresztą zaczęła się moja szkoła samodzielności w tepsianej rzeczywistości. System zarządzania nad Fastlinkiem, sławetny (dla wtajemniczonych) Access Integrator to ogromna, kobylasta wręcz aplikacja, pracująca w oparciu o potężną bazę danych i wymagająca dużego serwera do jej udźwignięcia. Właściwie dowolnie dużego, Access Integrator pod tym względem był (i jest) niespożyty, ile zasobów będzie miał, tyle prędzej czy później zeżre. I „poprosi” o więcej. Wraz z kontraktem więc zamawiane były dość solidne komputery serwerowe. A ponieważ obsługa programu była czysto graficzna, nasi handlowcy zwykle dokładali do kontraktu duże monitory. Np. 19calowe, przypominam, że było to w czasach, gdy 15″ monitory były standardem, a 17″ to były „te większe”. A ponieważ prace instalacyjne w terenie się przeciągały, stało sobie to wszystko bezużyteczne przez kilka miesięcy.

Moja pierwsza wizyta na hoście w Raciborzu miała na celu głównie poznanie odpowiednich ludzi oraz ogarnięcie zainstalowanego sprzętu. OLT obejrzałem, sprawdziłem ze specyfikacją sprzętową, co jest zainstalowane, a czego brakuje (w całej mej karierze fastlinkowego uruchamiacza nie zdarzyło się chyba nigdy, by było wszystko, zawsze czegoś brakowało), po czym jadąc palcem po liście materiałowej dotarłem do rozdziału „management system”. Tamże widzę jeden serwer, jeden monitor dla tegoż serwera i trzy laptopy. Z czego w udostępnionym nam magazynie stały dwa puste pudła z wielkim logiem „Siemens Fujitsu”, ewidentnie po serwerze i monitorze, natomiast samego sprzętu brak. Laptopów – również brak. Cóż, złapałem za telefon, dzwonię do gościa, który tu był przede mną i pytam, gdzie są komputery.
– serwer już zainstalowałem, stoi w pokoju operatorów, a laptopy miały trafić do pracowników utrzymania, spytaj tam kierownika może.
Do kierownika mi się nie spieszyło, laptopy mi tak naprawdę nie były na teraz potrzebne, zacząłem więc szukać serwera. Wchodzę do operatorów, przedstawiam się, mówię, czego szukam, ale widzę ścianę nic nie rozumiejących twarzy, jaki serwer, jaki fastlink, chłopie, my nic nie wiemy, odczep się i daj pracować!
Zderzyłem się tam z dość typowym środkiem obronnym pracowników takich miejsc przed nieplanowanymi zajęciami dodatkowymi: nie być pomocnym. Nie wiem, nie widziałem, to nie moja działka, idź pytać gdzie indziej – standardowe odpowiedzi spławiające 🙂 Z Niechcicą i Tumiwisizmem nauczyłem się sobie radzić z czasem (choć niestety, ekspertem od tematu nie zostałem nigdy, cóż, nie jestem typem człowieka nadającym się na managera), wtedy musiałem narobić pewnego zamieszania i kilka osób uruchomić, by ustalić, co następuje:
– serwer jest. W tymże pokoju, w którym o niego pytałem, stoi o tam, na biurku pod ścianą, zasłonięty przed wzrokiem niepowołanych meblościanką. Stał sobie jakiś komputer, duży, fajny, z ogromnym monitorem, nikt nie wiedział czyje to jest i do czego służy, to sobie go chłopaki w końcu zagospodarowali, przysłoniwszy trochę, by sposób zagospodarowania za bardzo osób postronnych w oczy nie kłuł. A ponieważ folder „Gry” po krótkim czasie tak się rozrósł, że miejsca zaczęło na dysku brakować, to wywalili wszystko, co zbędne, a zajmujące miejsce, w tym jakieś dziwne foldery o nazwie Versant, czy Access Integrator, po co to komu. Tak więc na dzieńdobry, całego Access Integratora musiałem postawić od zera. Ale jedno muszę przyznać, ówczesny hit, jakim był Duke Nukem, odpalony na 19″ monitorze robił wrażenie 🙂
– laptopy też się znalazły. One w założeniu miały być podstawowym narzędziem do wszelakich prac serwisowych przy fastlinku, było to absolutnie niezbędne narzędzie do pracy przy tym systemie i owe trzy laptopy miały być dla pracowników utrzymania, no tych szarych, „technicznych”, znaczy. A ponieważ na laptopach miały pracować specjalne „lokalne” wersje ACI (Access Integratora), były to też laptopy raczej z górnych półek. Takie, o których każdy pan kierownik w TPSA mógł pomarzyć tylko, że kiedykolwiek taki od własnego pracodawcy dostanie. Ponieważ opisane wydarzenia umiejscowiłem w konkretnej miejscowości, to nie będę może pisał, na czyich biurkach laptopy się odnalazły, dodam tylko, że broń boże pracownicy techniczni nie zostali pozostawieni przez swe kierownictwo z niczym. Dostali zabytkowego laptopa IBM sztuk jeden, na którym ACI nawet zainstalować się nie dał, od razu wywalając komunikat o niezgodności sprzętu z wymogami. O ile pamiętam, odkręcenie tego zamieszania wymagało interwencji w dyrekcji regionu, ale to już się działo poza mną, więc nie znam szczegółów.

a50010-a3-a13-3-7629_-_google_chrome_2016-09-28_12-40-46(OLT, foto: broszura reklamowa Siemens)

Praca przy OLT była w gruncie rzeczy prosta. Należało powkładać karty w odpowiednie miejsca na półkach wgrać do nich software, porobić testy i na podstawie ich wyników pousuwać pomyłki monterów (powyższe zdjęcie jest czyściutką reklamową fotką, z której broń Boże nie wynika, jak potężnego, robionego na miejscu okablowania taki OLT wymagał), które, no cóż, zdarzały się od czasu do czasu, po czym najważniejsze: rozplanować sobie całą topologię sieci, gdzie, który terenowy obiekt będzie podłączony i z jakich zasobów będzie korzystał. Plany takie należało zrobić porządnie i je potem bardzo starannie przechowywać, bowiem była to potem podstawa wszelkich dalszych prac. Że co? Że to powinno być przygotowane na etapie tworzenia kontraktu? No weźcie mnie nie rozśmieszajcie…

Mając gotowy swój własny projekt, wykonany w oparciu o zastane realia, a nie na podstawie teoretycznych dokumentów, handlowych wyobrażeń o sprzęcie i „nasz handlowiec z waszym człowiekiem z inwestycji tutaj wymyślili”, należało fizycznie wykonać połączenia. Na przełącznicy, od której, jak się okazało, mimo odejścia z TPSA nie udało mi się w pełni oderwać. Tyle tylko, że pracując w TP na Biurze Napraw byłem przywiązany do jednej, konkretnej przełącznicy MDF, tu zaś miałem ich pełen przegląd, co obiekt to inna, wykonana na innych łączówkach, bywało, że mocno egzotycznych. No i nie były to już łączówki abonenckie, tylko trochę poważniejsze teletransmisyjne, co za tym idzie krosowało się tez nie dwużyłową krosówką, a specjalną „teletransmisyjną”, która miała co prawda też dwie żyły, ale ekranowane.
Na zdjęciu poniżej: blok łączówkowy produkcji Siemens, szczerze mówiąc, chyba najgorsze gówno, jakie istnieje w temacie, gorsze od niego były chyba tylko zabytkowe „jeże”, szczęśliwie wtedy już przeważnie wycofane oraz poznane przeze mnie dużo później, a nieznane w TPSA rozwiązania owijane produkcji Nokii. I piszę to szczerze, jako były pracownik Siemensa, nadziwić się wtedy nie mogłem i nadal nie mogę, czemu Siemens, mając na ogół rozwiązania bardzo dopracowane i bardzo dobre, tu dawał tak wielką plamę i w dodatku się przy niej upierał.

pl11365112-siemens_termination_tool_on_71_terminal_block_networking_hardware_tools_for_distribution_system(foto: http://www.easycablings.com)

Zdjęcie przedstawia co prawda blok MDF a nie DDF (abonencki, a nie teletransmisyjny), ale te bloki wyglądają niemal identycznie, są też równie gówniane. Ich gównianość wynika zaś przede wszystkim z bardzo małej pewności połączeń, przewody należało tu krosować naprawdę bardzo uważnie, a potem dokładnie testować, bowiem pewne było, w 100% pewne, że będą przerwy.

Uruchomiwszy OLT mogłem się przenieść w teren i zająć szafami ONU. I tu zaczynała się własnie najciekawsza część mojej pracy. Po pierwsze, ‚dane szafe’ należało znaleźć. Potem (lata całe potem) pomagały w tym koordynaty GPS, podawane już w projekcie, ale wtedy… miałem np. w kontrakcie w tabelce zapis ONU Dąbrowskiego. I tyle. A ulica Dąbrowskiego mogła być ze 2km długa, szafa ONU mogła stać w krzakach za blokiem położonym w drugiej linii zabudowy, co ciekawsze, mogło jej nawet wcale nie być przy ulicy Dąbrowskiego, bowiem na etapie przygotowań do realizacji mogło się okazać, że w pierwotnie planowanym miejscu nie da się jej postawić, w związku z czym postawiono ją dwie ulice dalej, nie zmieniając nazwy kontraktowej obiektu. Tu przydawało się pozbieranie na samym początku telefonów do lokalnych Wszystkich Świętych. Przy czym osobami świętymi byli dla mnie nie kierownicy i managerowie, bo oni zwykle g…no wiedzieli. Święty dla mnie był lokalny monter, który tą szafę kablował, energetyk, który ją podłączał do zasilania, bądź światłowodowiec, który w niej spawał światłowody. Mając telefony do takich ludzi, mogłem nie latać jak kot z pęcherzem wzdłuż całej ulicy Dąbrowskiego, zaglądając za każdy budynek i wchodząc w każde krzaki (ONU bywały instalowane w naprawdę przedziwnych miejscach), tylko dowiedzieć się konkretnie, że w połowie ulicy jest sklep GSu i za sklepem na podwórzu przy ścianie stoi ONU. Ewentualnie usłyszeć coś takiego:
– ONU na Dąbrowskiego? Chłopie, jakie ONU, tam tylko fundament jest wkopany, światłowodu jeszcze nie ma, prądu energetyka nie dociągnęła, a ONU u nas na magazynie stoi, żeby nie rozkradli.
Ten ostatni scenariusz to wcale nie żart, tylko jeden z dość często się pojawiających scenariuszy. To, że podwykonawca zaraportował zakończenie prac instalacyjnych, że inwestycje TPSA zgłosiły do nas gotowość do uruchamiania naprawdę nie musiało oznaczać, że tak naprawdę było co uruchamiać. Bardzo, naprawdę bardzo często, takie sprawy funkcjonowały na papierze swoim życiem, niekoniecznie przystającym do rzeczywistości. Tyle dodam, że zdarzyło mi się pojechać na nowy kontrakt (Skierniewice to były, o ile mnie pamięć nie myli), jakoby gotów do uruchamiania, a na miejscu przekonać się, że nie tylko ŻADNA szafa jeszcze nie jest gotowa, ale nawet na samym hoście jest nierozpakowana dostawa naszego sprzętu oraz wściekła pani kierownik teletransmisji, która mi krótko i dość po żołniersku oświadczyła, że nie wpuści mnie na obiekt i nie pozwoli prowadzić żadnych prac, bo ona o niczym nie wie i nikt z nią niczego nie ustalił, że tu ma być coś montowane. A te pudła najlepiej, jakbym przy okazji zabrał, bo przeszkadzają.

Załóżmy jednak pozytywny scenariusz, że ONU faktycznie stoi, wiem, gdzie ono stoi, jest naprawdę podłączone do prądu, ma wciągnięty i pospawany światłowód, można uruchamiać. Czy to był koniec przygód? Ależ nie, to był dopiero początek 🙂 Po pierwsze do takiego ONU należało się dostać. Jeśli ONU było wewnątrzbudynkowe (instalowaliśmy takie w biurowcach bądź nowobudowanych blokach, które bywało, że miały własny węzeł telekomunikacyjny), należało zorganizować klucz do pomieszczenia z ONU, czasem przepustkę. Zewnątrzbudynkowe zaś… na ogół, pomijając kwestię ich odnalezienia, dostęp był bezproblemowy, ale bywały sytuacje wyjątkowe. Szafy położone w gęstych krzakach (np. Warszawa, skrzyżowanie al. Jerozolimskich i Kleszczowej, teraz tam jest eleganckie wielopoziomowe skrzyżowanie, ale ONU stojące tuż obok, uruchamiane osobiście przeze mnie, pierwotnie stało w samym środku krzaczastej dżungli porośnietej przy ogrodzeniu przylegającego do skrzyżowania osiedla), czy szafy stanowiące lądową wyspę na samym środku ogromnej kałuży utrzymującej się na gliniastym gruncie całymi dniami (pożyczyłem kilka palet z zaplecza jakichś magazynów znajdujących się obok i zrobiłem sobie z nich pomost).
Po drugie i najciekawsze, należało sobie takie ONU otworzyć. Oryginalne siemensowskie sheltery (szafy) miały standardowe zamki otwierane tym samym kluczem, na co TPSA nie wyraziła zgody, ze względów bezpieczeństwa wymogli na nas wymianę tych zamków na używane przez nich, w dodatku unikalne. Miał być inny kluczyk do każdego obiektu. W praktyce, przy dużej ilości szaf, kluczyki się powtarzały, ale i tak do obsłużenia wszystkich szaf z rejonu potrzebny był ich potężny pęk. I przede wszystkim, jadąc do takiej szafy, należało wcześniej zorganizować sobie do niej klucz. I tu były czyste jaja. Każda szafa miała w dostawie komplet bodajże trzech kluczy, które to klucze na ogół znikały w niewyjaśnionych okolicznościach. Światłowodowiec mówił, że brał klucze w inwestycjach i tam je potem oddawał, w inwestycjach nic nie wiedzieli, to chyba pan Jerzy je miał, ale Jerzy to jest cały ten i następny tydzień na urlopie, w energetyce z kolei mieli klucze, ale nie chcieli dać, bo nie wiedzą, kto ja jestem i czy mogą… dawało się oczywiście za każdym razem w taki, czy inny sposób te klucze odnaleźć, ale bywało, że zajmowało to dużo czasu. Dlatego też, któregoś dnia, gdy stałem pod szafą, której nie mogłem otworzyć, bowiem dano mi złe klucze, a w perspektywie miałem wracanie z powrotem do Raciborza, szukanie nowych kluczy i ponowną jazdę do szafy, trafił mnie klasyczny szlag! W wyniku owego trafienia, klnąc na czym świat stoi i kopiąc w szafę z buta dla pełnego wyrażenia miotających mną emocji, postanowiłem spróbować inaczej. Tam w rybnickim rejonie szafy miały zwykłe ZPASowskie zamki na płaski kluczyk, szczęśliwie nie były to Abloye, których sobie zażyczyli np. w regionie warszawskim. Technicznie zorientowanym będąc, dobrze znałem budowę takiego zamka, dobrze też wiedziałem, na czym w teorii polega otwieranie takiego zamka wytrychem. A ponieważ czasu miałem dużo, postawiłem sobie przy drzwiach szafy stołeczek, wziąłem do jednej dłoni sztywny drucik, do drugiej płaski śrubokręt i zacząłem kombinować. Trochę sobie przy tym pokląłem szpetnie, poleciało w powietrze trochę modlitw do ogólnotechnicznobudowlanej bogini, ale w końcu się udało, otworzyłem! ONU uruchomiłem, szafę zamknąłem, po czym… znów ją otworzyłem, już czysto dla treningu. I jeszcze raz. I jeszcze. Za każdym razem coraz szybciej i sprawniej. Potem, nauczyłem się to robić już nie drutem i śrubokrętem (co dla osób postronnych mogło dziwnie wyglądać i generować niepotrzebne zamieszanie), a specjalnie spreparowanym kluczem, jednym z danych mi wcześniej „powtarzających się”, który wystarczyło jedynie wsuwać w zamek jednocześnie lekko przekręcając bębenek, przy odrobinie wprawy robiło się to jednym ruchem, dokładnie tak, jakby się otwierało zamek legalnym kluczem. W ciągu całego mojego służbowego pobytu na południu Polski, oryginalnych „oficjalnych” kluczy do ONU nie pobierałem już nigdy, nie raz wprawiając w zdumienie bardziej ogarniętych pracowników inwestycji, którzy usiłowali mi takie klucze załatwiać i którzy potem wielce się dziwowali, jak ja mogę mieć swoje klucze, jeśli te szafy mają zamki zamawiane przez nich), z tego co pamiętam, zdarzyło mi się też wygrać zakład z jakimś lokalnym pracownikiem utrzymania, który mi nie wierzył, że ja szybciej otworzę ONU wytrychem, niż on znajdzie właściwy klucz w swoim pęku.
Dla jasności dodam jeszcze, że metoda moja sprawdzała się na te ZPASowskie zameczki z małym kluczykiem, nigdy mi w ten sposób nie udało się otworzyć normalnego zamka typu YALE czy YETI, ale i nie miałem powodów by próbować.

Uruchomienie ONU na ogół było proste. Dla jasności jeszcze raz wstawiam ilustrację z początku niniejszego wpisu:

onu_2_siemens

Należało:

  1. Sprawdzić, czy ONU jest kompletne, czy ma te karty, które powinien mieć i w przypadku kart nietypowych (np. HDSL), czy jest też do nich okablowanie. Jeśli nie było, należało to okablowanie zrobić. W bagażniku miałem i lutownicę i całe pudło wtyczek i innych takich, właśnie na tego typu okazje.
  2. Włączyć zasilanie AC bezpiecznikami u dołu po prawo. Jeśli było ok, owocowało to zapaleniem się oświetlenia wewnątrz ONU. Jeśli nie było ok, oznaczało to, że np. energetyka wcale ONU nie podłączyła, albo owszem, podłączyła, ale nie podnieśli bezpieczników. A dostępu do przyłącza energetycznego (osobna szafka) nie ma…
  3. Uruchomić siłownię, czyli tego sporego kloca ponad panelem bezpieczników, kloc ma swoje własne bezpieczniki, trzeba je było kolejno podnieść, za każdym razem patrząc, czy kolejne wkładki przetwornicy ruszają, czy znikąd iskry się nie sypią bądź dym nie wali.
  4. Powkładać bezpieczniki rurkowe w COMPS, czyli moduł dystrybucji zasilania i nadzoru (szare podłużne nad siłownią). Po tym kroku zasilanie już było podawane na półki, w których karty zaczynały migac diodami, wentylatory szumieć – pełna dyskoteka uruchamiacza.
  5. Połączyć teletransmisję (zielona półka nad COMPSem) z odpowiednim medium. Na tym obrazku jest rozwiązanie typowe: światłowód i teletransmisja SDH STM1, trzeba więc było połączyć czterema patchcordami światłowodowymi kartę widoczną wewnątrz tej półki z przełącznicą optyczną ODF, tu na zdjęciu jest nienormalnie ogromny ODF w lewej kolumnie, w życiu tak wielkiego nie widziałem w ONU, na ogół był to jednorzędowy ODF na 24 porty.
  6. Skrosować teletransmisję dla samego onu, robiło się to na patchpanelach widocznych u samej góry środkowej kolumny, tamże też krosowało się ewentualne inne usługi typu HDSL.
  7. Ustawić na COMPS adres fizyczny urządzenia (numerek, po którym było potem identyfikowane w systemie zarządzania).
  8. Wgrać do wszystkich kart odpowiednie oprogramowanie (o ile nie było wgrane fabrycznie) i skonfigurować zarządzanie zdalne.

Dla porządku dodam jeszcze, że pod patchpanelami w środkowej kolumnie są trzy półki z kartami abonenckimi, a po lewo u dołu są dwie półki szerokopaskowe, z których jest świadczona usługa Neostrada.

I tyle odnośnie uruchomienia. Groźnie i skomplikowanie brzmi, ale w większości typowych przypadków (czyli, gdy np. nie trzeba było robić nietypowych kabli albo przerabiać istniejących), kroki 1-6 robiło się w kilka minut, z czego najwięcej czasu wymagało podłączenie światłowodów, bo patchcordy prócz podłączenia trzeba jeszcze było jakoś ułożyć, by nie stanowiły bezładnego kłębka, wielce podatnego na uszkodzenie. A bywało, że źli handlowcy kontraktowali do ONU patchcordy np. pięciometrowe…
Krok 7 zajmował minutę, ale przydawała się przy tym latarka i drobne łapki, bowiem robiło się to małymi przełącznikami zlokalizowanymi w głębi urządzenia, w ciasnym miejscu. Krok ósmy zaś… wymagał podłączenia do ONU laptopa i czasem był miły i przyjemny, a czasem wręcz przeciwnie. Miło i przyjemnie bywało, gdy była piękna pogoda, świeciło słonko, miałem samochód podstawiony pod samą szafę ONU, laptopa rozłożonego w bagażniku (Astra kombi), a sam sobie siedziałem na turystycznym krzesełku. Wtedy było miło i przyjemnie, choć czasem trzeba było też mieć oczy dookoła głowy, gdy np. całą imprezę obległa lokalna dzieciarnia, wykazując zainteresowanie absolutnie wszystkim i bywało, niestety, że usiłując też coś ukraść (kolega w ten sposób stracił śrubokręt: jakiś dzieciak podszedł, wziął i uciekł. Tak po prostu). Ale bywało, że stało się na mrozie, w zacinającym śniegu, trzymając laptopa schowanego w jakąś dziurę wewnątrz szafy i osłaniając go własnym ciałem – na takie przypadki miałem po kilku niemiłych razach wykonany specjalny kabel do łączenia ONU z laptopem, kupiwszy za ciężkie (firmowe) pieniądze jakiś profesjonalny ekranowany przewód mikrofonowy wysokiej jakości, udało mi się wykonać zwijany na bęben 15metrowy przedłużacz do RS232, dzięki któremu wystarczyło, że podjechałem choć mniej więcej w okolice szafy i wykonawszy choćby i pod parasolem kroki 2-7, resztę roboty wykonywałem już siedząc sobie w ciepełku w samochodzie.
Co do prac terenowych jeszcze – jeden z później nas tamże wspomagających podwykonawców osiągnął szczyty wygodnictwa: przed każdym z uruchamianych przez siebie ONU rozkładał stolik turystyczny, na nim kładł: przedłużacz wielogniazdkowy, radiomagnetofon, z którego leciała mu muzyka, laptopa, przy stoliku stawiał fotel turystyczny i wtedy dopiero zabierał się do pracy.

Na zakończenie odcinka jeszcze ciekawostka związana z osobami trzecimi. Bardzo często, zwłaszcza na wsiach ktoś podchodził i pytał, a co ja robię, a kiedy będą telefony. Czasem usiłowano mi składać reklamacje dotyczące już istniejących telefonów, bywało, że widząc niefirmowy samochód bez oznaczeń TPSA i ubranego po cywilnemu młodziana (nie, nie użyję tego słowa na g…) podejrzewano mnie o różne rzeczy (choć zwykle tylko do uświadomienia sobie, że złodziej raczej by wyjmował, a nie wkładał, w dodatku laptopa, który w owych czasach był urządzeniem jeszcze dość prestiżowym), raz jednak przytrafiła mi się przygoda grubsza: podjechałem w Warszawie na Ursynów do szafy znajdującej się w głębi niewielkiego skwerku, w tym ONU była jakaś awaria do sprawdzenia, ja wtedy nie pracowałem już jako uruchamiacz, tylko jako wsparcie techniczne. Samochodem pod ONU się nie dało podjechać, zostawiłem go więc przy krawężniku, a sam podszedłem do szafy pieszo, tylko z torbą od laptopa. Otworzyłem sobie szafę, podłączam laptopa (wstawionego do wnętrza szafy w jakąś dziurę), robię swoje. W pewnym momencie widzę, że przy moim samochodzie zatrzymuje się radiowóz policji. Cóż, bywa, było miejsce, zaparkowali sobie. O, policjanci wysiadają. Cóż, przyjechali, to idą. Gdzieś. O, w moją stronę idą. I to całkiem szybko idą. O, jeden pałkę odpina…
Na całe i wielkie swoje szczęście, miałem wtedy sam do paska od spodni przypiętą firmową przepustkę, którą od razu wziąłem w rękę i zacząłem im z daleka pokazywać. Właśnie ten z pałką mi potem o owym szczęściu powiedział, dodając, że gdyby nie ta przepustka, raczej  by nie czekał na moje wyjaśnienia, mieli wcześniej wiele zgłoszeń, że na Ursynowie jest plaga włamań do szaf TPSA, jakieś gówniarze się włamują i dzwonią za darmo po całym świecie, więc widząc mnie przy tej szafie, bez żadnego firmowego samochodu, bez tepsianego wdzianka na grzbiecie, byli pewni, że nakryli winowajcę na gorącym uczynku.

I jeszcze jedna: gdzieś w rejonie Rybnika, podjechałem któregoś dnia do bezobsługowego budyneczku TPSA położonego na uboczu niedużego osiedla, w tymże budyneczku był nasz ODT  (taki powiedzmy węzeł pośredni). Klucze do obiektu pobrałem w Rybniku na hoście, tamże dostałem też kod do alarmu na obiekcie. Gdy podjechałem do tego budyneczku, wzbudziłem zainteresowanie kilkorga chłopców, tak z 7-8letnich buszujących jak raz tamże na rowerkach. No takie samodzielnie się bawiące dzieci z przedmieść, w ciepłe letnie dni wychodzące z domu po śniadaniu i wracające, nie zawsze z własnej woli najwyżej na posiłki. Ci bawili się dość hałaśliwie, prócz rowerków mieli jakieś zabawkowe radiotelefony i przy ich pomocy prowadzili tam jakąś zakrojoną na szeroką skalę akcję specjalną 🙂
Gdy się tam zjawiłem, chłopcy przerwali zabawę i podjechali bliżej, w końcu działo się coś nietypowego, ktoś najwyraźniej planował wejść do tego tajemniczego budynku stojącego na ich terenie. Stali więc i przyglądali się, jak otwieram kłódkę, jeden zamek, drugi zamek, wreszcie otwieram drzwi. Stali i patrzyli, jak mi zaczyna pikać klawiatura od alarmu, jak ja wprowadzam otrzymany w Rybniku kod: raz wprowadzam, drugi raz wprowadzam, trzeci raz wprowadzam… i nic. W końcu upłynął czas zwłoki i zaczęło wyć. Wyjec od alarmu był ze dwa-trzy metry nade mną, wył niemiłosiernie, wyciskając mi mózg przez uszy. Złapałem za telefon, dzwonię do dyspozytora (który już w międzyczasie otrzymał powiadomienie, że alarm na obiekcie i właśnie wysyłał do mnie ochronę), przedstawiam się i mówię, że zaraz mu się będę tłumaczyć, kto ja jestem i co tam robię, niech mi tylko poda prawidłowy kod do wyłączenia tego wyjca, bo K..WA, MYŚLEĆ NIE JESTEM W STANIE! Podał (choć na dobrą sprawę nie powinien), ja wtedy zakończyłem identyfikację, przeprosiłem za zamieszanie i się rozłączyłem. Zostawiłem otwarte drzwi i wracam do samochodu po graty. I w tym momencie widzę, że część chłopców tarasuje drogę, część zaś na rowerkach ustawiona za moim samochodem (choć w bezpiecznej odległości), wszystkie oczy roziskrzone, wszystkie buzie przejęte, a jeden z tych znajdujących się bliżej mnie podaje przez swój radiotelefon numer rejestracyjny i opis mojego auta, a potem mój rysopis. Ech, miałem ci ja szczęście, że do jakiegoś aresztowania obywatelskiego wtedy nie doszło…

 

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

7 Responses to Historia Telekomunikacji – część 12

Piotr S.
Commented:  30 września 2016 at 08:28

Ale się uśmiałem ;D
Jarek zacznij pisać opowiadania, książki, itp.
Dan Brown przy Twoich opowieściach to mały Pikuś 😉

Pozdrawiam

Latarek
Commented:  1 października 2016 at 11:57

Cześć, jaką polecasz stację lutowniczą? 😀

KrystianK
Commented:  6 października 2016 at 23:37

Czytałem twój dziennnik budowy, rewelacja czyta się lepiej niż niejedną książkę, masz to coś, lekkość pióra, nie wiem jak to nazwać. Nie spoczywaj na laurach „twórz” dalej, myślę że nie tylko ja na to czekam

Wojciech
Commented:  9 października 2016 at 16:55

Dawaj dalej, to jest trochę niebo lepsze niż „Sygnał czasu” Variego – nie umniejszając mu i jego doświadczeniu.

Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0156500
Visit Today : 98
Hits Today : 185
Total Hits : 565273
Who's Online : 2