Historia Telekomunikacji – część 11

Pożegnawszy się z Dectlinkiem, który zresztą niedługo potem zmarł był sobie, stałem się po krótkim szkoleniu specjalistą od Fastlinka.

a50010-a3-a13-3-7629_-_google_chrome_2016-09-15_10-36-23(wszystkie publikowane slajdy pochodzą z materiałów reklamowych Siemens)

Nazwa podobna, ale system zupełnie inny, podobieństwo nazw wynika tylko z braku fantazji Siemensowych designerów. No i może odrobinkę stąd, że jedno i drugie było de facto systemem dostępowym. O, i tu jest dobra okazja, by w ramach spisywania tejże „Historii Telekomunikacji”, odkleić się odrobinkę od moich wspomnień i popisać ździebko na temat samej telekomunikacji jako takiej, co też będzie odmianą od ostatnich „historycznych” wpisów będących bardziej mym pamiętnikiem 🙂
Zainteresowanych bliższym poznaniem systemu zapraszam do lektury, osoby nieukierunkowane telekomunikacyjnie zaś ostrzegam: w tym odcinku historyjek i opowieści nie będzie. Sama teoria. Co prawda postaram się ją przedstawić w sposób zrozumiały dla laika, ale jednak co teoria to teoria 😀

Największą zmorą telekomunikacji w wydaniu klasycznym, składającym się z takiej, czy innej centrali, abonenta z telefonu oraz dłuuuuuuuuugiego kabla między nimi, była właśnie owa duża liczba  literek uuuuuu między jednym a drugim. Idąca często w kilometry. Praw fizyki pan nie przeskoczysz, im dłuższy kabel, tym większe straty sygnału po drodze, tym większy wpływ zakłóceń, tym głośniej trzeba się było wydzierać do słuchawki, by rozmówca był w stanie cokolwiek usłyszeć. Dodatkowo, przy rosnącej popularności telekomunikacji (jeszcze przewodowej) problemem stało się też samo okablowanie, coraz większe przełącznice, coraz więcej miejsca potrzebnego na rozprowadzenie tych kabli. Coś z tym musiano zrobić.

Oczywisty pomysł: więcej central, był niestety mało ekonomiczny. Mimo to, tak właśnie początkowo to robiono. Zwłaszcza w większych miastach, nowe duże osiedla zyskiwały z czasem swoje własne centrale, samodzielne bądź jako tzw. „wyniosy” z innych central, czyli logicznie rzecz biorąc, fragmenty tychże central postawione w innym miejscu. Jednakże nie było to rozwiązanie idealne, bowiem, obok problemów ekonomicznych (taka centrala musiała gdzieś fizycznie być zbudowana, ktoś ją fizycznie musiał obsługiwać, za tym zaś szło całe zaplecze, od kierownika obiektu począwszy, na sprzątaczce i dozorcy skończywszy), pozostawał i tak problem tych mniejszych osiedli, wiosek, przedmieść… ciężko stawiać centralę dla paru domów na krzyż, zarówno ze wspominanych powodów ekonomicznych, jak i nawet czysto technicznych było to bezsensowne. Potrzebny był więc jakiś „przedłużacz”, coś, co pozwoli na wyniesienie iluś linii telefonicznych z istniejącej centrali w inne miejsce, bez straty jakości sygnału i najlepiej bez zajmowania zbyt wielu zasobów istniejącej sieci. Było tu mnóstwo patentów i rozwiązań, niektóre z nich, jak już zresztą opisywałem, miałem okazję poznać, były to: Telefonia Nośna, czy choćby trochę już nowocześniejsze systemy PCM.

Mój początek pracy w Siemens / ZWUT szczęśliwie zbiegł się w czasie z dwoma dużymi wydarzeniami w świecie telekomunikacji: po pierwsze, ówczesne ministerstwo postanowiło skokowo unowocześnić polską telekomunikację, zostały na to przeznaczone duże pieniądze, po drugie zaś – pracodawca mój stworzył i zaczął sprzedawać uniwersalny system dostępu telefonicznego pozwalający we względnie prosty sposób zapewnić różnorakie usługi telefoniczne na znacznych obszarach, budując na nich sieć węzłów skupiających lokalnych abonentów, połączonych jakimś medium transmisyjnym z jednostką nadrzędną. Był to system wręcz idealny do takich zastosowań, dzięki niemu nie było już potrzeby budowania osobnej centrali w każdym większym osiedlu, w każdym miasteczku, a abonenci mieszkający, nie bójmy się użyć tego słowa, na zadupiach, nie musieli już wrzeszczeć do słuchawki, bo przez 11km linię inaczej nie słychać. Wystarczyła jedna, centralnie położona centrala oraz porozrzucane w dogodnych lokalizacjach, rozsianych nawet na dziesiątki kilometrów szafy, takie, jak ta na zdjęciu reklamowym powyżej, połączone w węzeł, a potem podpięte do owej centrali.
Siemens, jeśli chodzi o sprzedaż tych systemów dla TPSA stał się… może nie aż monopolistą, bo były systemy konkurencyjne, ale na polskim rynku nasz system był i najliczniejszy i jak wielokrotnie od pracowników utrzymania ruchu w TPSA słyszałem, również najlepszy. Działają te systemy zresztą do dziś, w ogromnej ilości miast i miasteczek stoją sobie po osiedlach i przy ulicach niepozorne szafy, mające zwykle logo Siemens gdzieś u góry i choć co prawda w takich szafach może się kryć cokolwiek, jeśli gdzieś wokół siebie zobaczycie taką szafę, jak poniżej, niemal na pewno będzie ona równie brudna i równie zasmarowana bazgrołami gówniarstwa, ale i też niemal na pewno będzie to właśnie to: Fastlink. Nieprzerwanie (na ogół) działający od lat i dający kilku (albo kilkunastu) setkom abonentów dostęp do usług.

fastlink-shelter

Dla lepszego zobrazowania, czymże ten Fastlink jest, może taki obrazek z Fastlinkowej dokumentacji, cały czas trzymanej przeze mnie z czystego sentymentu:

h100_10_7618-pdf_-_adobe_reader_2016-09-15_12-15-23

Tu mamy podstawową strukturę systemu. ONU (Optical Network Unit) to właśnie nasze szafy, stojące gdzieś, gdzie są potrzebne, na osiedlu, na ulicy, czy choćby w budynku. Szaf takich jest ileś rodzajów, małe, duże, uliczne, wewnątrzbudynkowe, największe obsługiwały do 2000 portów (a jeśli tego było mało, nic nie stało na przeszkodzie, by takich szaf postawić kilka obok siebie), najmniejsze – była i taka „nabiurkowa” na 20 abonentów 🙂

ONU były połączone w sieć. Najlepszym i dającym największe możliwości rodzajem połączenia były rzecz jasna światłowody i to właśnie one były najczęściej wykorzystywane (głównie w postaci sieci SDH STM-1, ale było też trochę instalacji PDH oraz jedna sieć STM-4, do której jeszcze wrócę, bo była to instalacja zasługująca na odnotowanie w Księdze Rekordów Guinnessa), niemniej różnie z tym bywało, osobiście uruchamiałem niemało szaf (zwłaszcza małych „wioskowych”) podłączonych po istniejących kablach telefonicznych, jak to żargonowo mówiliśmy: „po miedzi” (przez dwa interfejsy HDSL po czterech parach miedzianych, którymi wcześniej mieli podłączone jedyne telefony we wsi nieliczni wybrańcy, a po zainstalowaniu ONU nagle się okazywało, że wieś ma do dyspozycji 250 linii telefonicznych), wiem natomiast skądinąd, że bywały i ONU podłączane poprzez radiolinie.

Cała ta sieć ONU była zebrana do kupy w urządzeniu stojącym już zwykle gdzieś w budynku TPSA i pełniącym rolę nadrzędną, był to OLT (Optical Line Termination). OLT pełnił rolę identyczną, jak opisywana na początku mych wywodów Przełącznica Główna. Na niej porty centrali były połączone gęstą pajęczyną krosówek z kablami magistralnymi idącymi sobie do szaf ulicznych (gdzie z kolei rozgałęziały się na kable rozdzielcze idące już do puszek grupujących abonentów), a przełączenia odbywały się przy pomocy pracownika płci nieokreślonej, ubranego w laczki i niebieski fartuch (ech, że ja tego nie zabrałem na pamiątkę…), który biegając po drabince z krosówką w zębach wykonywał fizyczne połączenie. OLT robił dokładnie to samo: krosował porty abonenckie z interfejsu przychodzącego z centrali z odpowiednimi interfejsami prowadzącymi już do szaf ulicznych ONU. Tyle, że robiło się to wygodnie siedząc za biurkiem i klikając myszą w obrazki na komputerze, w kobylastej aplikacji Access Integrator. Prócz takich prac konfiguracyjnych, z poziomu Access Integratora można było zrobić dużo więcej: obejrzeć sobie stany portów, wykonać pomiar linii, zablokować bądź odblokować abonenta, czy choćby przekrosować go (nie ruszając się z krzesła) w inne miejsce.

Po prawej stronie OLTa, prócz wspomianego wcześniej komputera z Acces Integratorem (ACI w skrócie) widzimy jeszcze dwie chmurki. Jedna przedstawia sobą centralę telefoniczną, która nawet nie musiała stać w tym samym obiekcie, co OLT, wręcz najczęściej było tak, że OLT korzystał z zasobów centrali znajdującej się zupełnie gdzie indziej (bywało, że w innym mieście), połączony zaś był z nią jakimś systemem teletransmisji.
Druga chmurka, „data Network” to zobrazowanie czegoś, co będzie mi wygodniej omówić wraz z innym obrazkiem:

syd-pdf_-_adobe_reader_2016-09-15_12-07-21

Tu mamy schematyczną ilustrację pokazującą usługi możliwe do zrealizowania w systemie. Czyli co przez Fastlinka można podłączyć do abonenta, inaczej mówiąc. Przede wszystkim telefony, w końcu dla nich głównie ten system istniał, zarówno analogowe zwykłe telefony, jak i cyfrowe ISDN, oczywiście fax. Na rysunku jest jeszcze wrysowany bezprzewodowy telefon systemu DECT, w ten sposób sygnalizowano pełną współpracę z Dectlinkiem, ale Dectlink już wtedy nie żył, zapomnijmy.
Prócz telefonów jednak system przenosił do abonenta i linie dzierżawione. Nazwa usługi jest może niezbyt jasna, wywodzi ona się jednak bezpośrednio od jej pierwowzoru, czyli sprzedania przez TPSA abonentowi nie linii telefonicznej jako takiej (czyli doprowadzenia do niego przewodu zakończonego działającym telefonem, a mającego na drugim końcu centralę telefoniczną), ale udostępnienia samego przewodu miedzianego, między punktem A, a punktem B. Dzierżawiły takie linie zwykle firmy i instytucje, np. między swoimi placówkami i w granicach możliwości technicznych takiego połączenia (określonych w umowie) mogły sobie z tym przewodem robić, co chciały, od podłączenia na jednym końcu bateryjki, a na drugim żaróweczki począwszy (wbrew pozorom to nie żart, żaróweczka mogła przecież sygnalizować coś niezwykle ważnego), na spięciu przy pomocy modemów jakichś systemów informatycznych skończywszy.  Zwykle łączono w ten sposób jakieś łącza cyfrowe, fragmenty sieci danych wyniesione od klienta do jego innego oddziału, w ten sposób były podłączane np. bankomaty czy oddziały banków do jednostek nadrzędnych, sieci popularnie zwane „komputerowymi” też można było poprzez Fastlinka wynieść do innej lokalizacji.
Powyższy obrazek jest dość stary, nie uwzględnia w ogóle technologii DSLAM, która na samym początku jej kariery w Polsce była realizowana bezpośrednio przez Fastlinka (i sprzedawana abonentom najpierw jako marzenie każdego internauty znane pod nazwą SDI [Szybki/Stały Dostęp do Internetu], a potem jako Neostrada), ale poniewż dość szybko DSLAMy wydzieliły się do osobnych urządzeń, co prawda montowanych wraz z Fastlinkiem w jednych szafach ONU, ale jednak stanowiących zupełnie oddzielny system, nie jest to duża nieścisłość.
Tyle omówienia samego systemu mam nadzieję wystarczy, z konieczności musiałem tu dokonać pewnych uproszczeń, więc czytających powyższy wywód specjalistów proszę o wyrozumiałość.

Fastlinkiem zajmowałem się nieprzerwanie od 1999 do 2009 roku, zarówno jako tzw. „uruchamiacz”, jak i potem jako wsparcie techniczne drugiego poziomu (pierwszym poziomem był sam klient, czyli pracownicy utrzymania TPSA, natomiast jeśli działo się coś, z czym nie byli sobie w stanie poradzić, przekazywali sprawę do wsparcia ze strony producenta systemu, czyli do nas), uważam ten okres za swoje służbowe „złote lata”. Całkowicie samodzielna praca w delegacjach, gdzie sam sobie byłem szefem, ustawiałem pracę jak chciałem i póki robiłem, co trzeba, nikt mi nie stał nad głową i nie „zarządzał”, miałem zapewniony dach nad głową (i nie mówię o hotelach robotniczych tutaj, nie żałowaliśmy sobie, w ramach limitów narzuconych przez firmę można było naprawdę sporo dobrych hoteli znaleźć) i wyżywienie. Przy kawalerskim stanie takie cygańskie życie nie było problemem, a i finansowo wychodziło to bardzo korzystnie, bowiem do pensji dochodziły diety, potem ekstra diety fundowane przez Siemensa jako specjalny (dość hojny) dodatek dla pracowników delegacyjnych, płatne nadgodziny (gdy po pracy i tak nic nie miałem do roboty prócz siedzenia w hotelu, a praca była w gruncie rzeczy przyjemna, nie było problemu, by pracować i po 12h/dzień), czy choćby takie drobiazgi, jak służbowa komórka, dobry samochód do wyłącznej dyspozycji czy laptop. Złote czasy to były…

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

2 Responses to Historia Telekomunikacji – część 11

Bart
Commented:  16 września 2016 at 09:38

Witam, czytając kolejną opowieść przypomniałem sobie jak dobrych kilka lat temu mój kolega krótkofalowiec pokazywał mi swój nowy wyczesany wtedy sprzęt nadawczo odbiorczy. Pamiętam że złapaliśmy wtedy jakaś rozmowę telefoniczną (a przynajmniej tak to brzmialo). Czy mógł to być dectlink?

    Dectlink miał transmisję kodowaną, rozmowa nie była nadawana analogowo, tylko w postaci cyfrowej, w dodatku pasmo: 1,8GHz raczej wykluczały odebranie tego na sprzęcie krótkofalarskim.
    To, co złapaliście, to mógł być działający jeszcze kilka lat temu NMT (niegdyś Centertel, potem TP sprzedawała dla „trudnych” abonentów, którym nie dawało się zapewnić telefonu inaczej) telefony działające w oparciu o ten system działały w dość niskim paśmie 450MHz, zapewne bez problemu odbieranym przez ten sprzęt. Ewentualnie, ktoś w pobliżu was miał stary bezprzewodowy telefon „z bazaru” z analogową transmisją.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0156500
Visit Today : 98
Hits Today : 213
Total Hits : 565301
Who's Online : 2