Historia Telekomunikacji – część 8

Zainstalowawszy na Hali Stulecia pilotażową Instalację Dectlinka mieliśmy chwilę przerwy, w trakcie której system był uruchamiany. Do pomocy przyjechał do nas specjalista z Niemiec, chyba mocno nakręcony histerycznymi relacjami z popowodziowej polskiej rzeczywistości, jakie się przewijały w tamtejszej prasie, bo bagażnik służbowej Astry miał wypchany niemal do pełna zgrzewkami wody pitnej i jedzeniem w konserwach 🙂
My zaś, tzn ja oraz ekipa monterska, której działania miałem koordynować, wykonywaliśmy różne dziwne prace przygotowawcze, w trakcie których wyszło na jaw, że zdolności koordynatorskie u mnie, jeśli chodzi o kwestię dyrygowania pracownikami są bliskie zeru, chłopaki generalnie robili co chcieli, co zresztą widać doskonale na poniższym zdjęciu przedstawiającym ekipę w trakcie pracy nad ładowaniem oprogramowania do modułów abonenckich, na obiekcie TPSA przy ul. Purkyniego:

(prywatne info dla osób widocznych na fotografii: chłopaki, kontaktu z wami nie mam żadnego, więc nie mam jak spytać o zgodę na publikację Waszych twarzy. Co prawda za wiele z tych twarzy nie widać, gdybyście jednak jakoś tu trafili i gdyby wam publikacja tego zdjęcia [oraz następnych] była nie w smak, dajcie znać na priv, zasłoni się 🙂 )

Nudziliśmy się wtedy mocno, co objawiało się przeróżnie. Gra w karty to był mały pikuś, ale np. ostre wyścigi na krzesłach biurowych między stojakami centrali EWSD były już całkiem ciekawe. Pomieszczenie takiej centrali wygląda całkiem jak przeciętna biblioteka, też są regały poustawiane w rzędy z przejściami między nimi, tylko zawartość regałów jest inna 🙂 Wyścigi polegały na tym, że zawodnicy ustawiali się wraz z krzesłami na jednym końcu sali, każdy przy swym korytarzu, po czym na komendę, siedząc na krześle i odpychając się dowolną techniką (najlepiej sprawdzało się odpychanie nogami od samych szaf centrali) ścigali się, kto pierwszy dotrze do przeciwległej ściany.
Był wraz z nami pewien starszawy pan, który wobec tego, że był od nas znacznie starszy, bardzo usiłował pełnić funkcje kierownicze. Tyle, że jego „polecenia” były zwykle dość dziwne i delikatnie mówiąc oderwane od rzeczywistości. Zwykle były one ignorowane, ale któregoś dnia jeden z moich kolegów z nudów postanowił wypełnić co do joty i bardzo skrupulatnie jedno z takich poleceń pana. Polecenia nie pamiętam, chodziło o jakieś oznakowanie, które mieliśmy wykonać. Wtedy to przydzielone nam do użytku pomieszczenia na Purkyniego zaroiły się od żółtych samoprzypelnych karteczek ponaklejanych w najprzedziwniejszych miejscach, które to karteczki informowały np., że: „to jest klamka. Naciskać w dół celem otwarcia drzwi”. „To są zawiasy. Dzięki nim drzwi się nie przewrócą”. „Długopis służbowy. Pisać tą stroną. Nie zabierać!”. Ten włoski strajk pomógł wtedy, bo więcej poleceń „służbowych” pan nam nie próbował wydawać, skupił się na zatrudnionych wtedy przez nas panienkach do pomocy przy kwestiach biurowych. One niestety musiały i one to go znielubiły potem serdecznie…
I jeszcze jedno zdjęcie: któryś z naszych współpracowników, na codzień chadzający pod krawatem i w garniturze, zmorzony ciężką pracą i niewyspany, umościł sobie w kąciku leżankę z wykładanej gąbką tektury (Siemens niezwykle starannie pakował swoje urządzenia) i tam sobie był zasnął dość twardo. Już po kilku minutach znalazło się koło niego kartonowe pudełko z napisem „Jestem chory na AIDS, proszę o wsparcie finansowe”, zostało też zrobione pamiątkowe zdjęcie. Mam je do dziś, nie odważę się jednak opublikować, zamiast niego może dam zdjęcie, do którego sam zapozowałem, gdy tamten już się rozbudził i sobie poszedł 🙂

Prace nasze nabrały tempa dopiero pod koniec roku, co potem stało się też regułą przy wszelakich kontraktach: najwięcej roboty i największe ciśnienie na terminy było zawsze nie latem, gdy wyjazd na delegację to była sama przyjemność, tylko zimą, zwłaszcza w grudniu, zwłaszcza tuż przed świętami. Takoż i tutaj – próby wykonane ze stacji zamontowanej na Hali Stulecia wypadły pomyślnie (Hala jest otoczona dość rozległym niezabudowanym wysoko terenem, a dopiero dalej zaczyna się zabudowa, która z naszego wynalazku korzystała, świetna widoczność zapewniała perfekcyjne działanie systemu), pozwolenia na budowę masztów nadawczych się uprawomocniły, spadł śnieg, temperatura zeszła poniżej zera, mogliśmy zaczynać!
W międzyczasie jeden z naszych masztów stał się jednak bohaterem lokalnej sensacji romantycznej. Napisałem wyżej, że uprawomocniło się pozwolenie na budowę masztu nadawczego. Mylnie można by uznać, że dopiero wtedy maszt został wybudowany. Nic podobnego, maszt sobie stał już od dobrego miesiąca, tyle że postawiony nie jako maszt nadawczy, a jako pasywny element pomiarów meteorologicznych, na który pozwolenie uzyskiwało się bezproblemowo i było potrzeba o wiele mniej uzgodnień i pozwoleń. Potem była tylko kwestia formalnej zmiany przeznaczenia budowli.
Konstrukcja masztów była taka, że bez sprzętu, bądź przynajmniej drabinki wejść się nań nie dało, jednakże już kilka dni po ich postawieniu na szczycie jednego pojawił się nabazgrany markerem napis „Tu byłem Tony Halik”, drugi zaś…
Drugi z masztów stał sobie na szerokim trawniku po jednej stronie ulicy. Po drugiej stronie ulicy rósł szpaler dość wysokich topól (chyba, nie pamiętam). Po którejś nocy, okazało się, że dokładnie w poprzek ulicy, pomiędzy szczytem masztu a topolą rozpościera się wykonany z pozszywanych prześcieradeł banner z napisem o treści bardzo romantycznej. Pisała wtedy o tym lokalna prasa, były zdjęcia… Zagadką, niestety, pozostało, jak transparent ten został powieszony. Na nasz maszt dawało się wejść, jak ktoś bardzo chciał, ale na topolę? Na wysokość ~25 metrów??? Potrzebna byłaby małpa. Albo cyrkowiec – idiota. Właściwie jedyny realny scenariusz, to przerzucenie przez topolę rzutki z cienką linką, ale tu też potrzebne byłoby sporo szczęścia (bądź wiele prób), by rzutka przeleciała przez drzewo nie odbiwszy się od cienkich gałązek. Z łukiem ktoś tam wszedł? Tak czy tak, moje gratulacje!

W swoich fotografiach znalazłem jedną, kompletnie nieostrą, ale pokazuje ona sam szczyt tamtego masztu wraz z dwoma z „naszych” – ubrani byliśmy w służbową odzież roboczą (bardzo dobrej jakości goretex, służył mi potem jeszcze dłuuugo, spodnie zniszczyłem dopiero na własnej budowie, kurtkę roboczą oraz podpinkę mam do dziś). Z racji tego, że wdzianka te były w kolorze błękitnym, z żółtymi wstawkami, piosenka „Chodź, pomaluj mój świat, na żółto i na niebiesko” stała się rzecz jasna naszym hymnem. Często wykonywanym a’capella 🙂

Takich masztów w pozalewowej okolicy zainstalowaliśmy dwa, czy trzy, a potem zajmowaliśmy się pomiarami zasięgu. Polegało to mniej więcej na tym, że mieliśmy testowy odbiornik z anteną zamontowaną na długiej, teleskopowej tyczce i z takim zestawem krążyliśmy po okolicy, odnotowując na mapie zarejestrowane poziomy odbieranego sygnału. Pomiary takie były wykonywane po wielokroć i nieodmiennie wzbudzały duże zainteresowanie wśród ludzi. Dziesiątki razy odpowiadaliśmy na pytanie, kto my jesteśmy i co my robimy i jak się szybko przekonaliśmy, mówienie prawdy, nawet dowolnie okrojonej było bardzo złym pomysłem. Ludzie tam byli bardzo telefonów spragnieni, za ich brak winili nie powódź tylko TPSA i zdradzenie się w jakikolwiek sposób, że mamy coś wspólnego z telefonami powodowało natychmiastowy wzrost zainteresowania, konieczność tłumaczenia, co , jak i KIEDY???, wysłuchiwanie pomysłów i wniosków obywatelskich („kable pozalewane trzeba wymienić? To ja mam jakieś kable w garażu, może ja dam, to będzie szybciej”), niezliczonych skarg, uwag, powoływania się na znajomości z samymi dyrektorami, a bywało, że i prób wręczania różnorakich prezentów w intencji szybszego załatwienia telefonu właśnie tu, a nie gdzie indziej.
Skoro nie można było mówić prawdy, szybko zaczęliśmy prześcigać się w półprawdach, bądź czystych bzdurach. Z ciekawszych, które pamiętam, mogę wymienić:
promieniowanie jądrowe mierzymy (wynik: lokalna, krótkotrwała panika)
z instytutu meteorologii pomiary czystości powietrza („oooo i co, czysto jest? „)
I absolutny hicior, wymyślony przez nieżyjącego już kolegę, przy pomiarach prowadzonych latem ’98, przypomnę tylko, że po powodzi w pozalewowych okolicach komary stały się plagą trudną do zniesienia:
– to są specjalne mikrofony kierunkowe, wyczulone na dźwięk wydawany przez komarze skrzydła, mierzymy ilość komarów lęgnących się w zaroślach nadodrzańskich, na tej podstawie będzie decyzja, czy miasto ma robić opryski. O widzi pan te numerki na monitorku (siła sygnału podawana w dBm, wskazywał zwykle wartości w okolicach kilkudziesięciu, nieważne, że na minusie), pokazują, ile komarów słychać w tej chwili.

Równolegle z pomiarami szły też i instalacje zakończeń u abonentów. Generalnie robił to podwykonawca, ale my też byliśmy wykorzystywani jako ekipa specjalna, zwykle do załatwiania reklamacji, choć parę instalacji też mieliśmy na koncie. Któregoś dnia trafiliśmy z taką instalacją do samotnej staruszki, która tak się ucieszyła, że z powrotem będzie miała telefon, a przede wszystkim chyba z tego, że ktoś do niej przyszedł i z kimś może porozmawiać, że ugościła nas jak wyczekiwanych gości. Dobrze wykształcona, mimo mocno podeszłego wieku ani śladu demencji, poczęstowała nas herbatą, domowym ciastem i tak od słowa do słowa, od „a skąd my jesteśmy”, od „a co robimy we Wrocławiu” zaczęła nam opowiadać swój życiorys. Tak, wiem, jest to ulubione zajęcie większości staruszków (zaraz po opowiadaniu o aktualnych chorobach i sposobach leczenia), ale ta opowieść spowodowała, że trzech chłopa w roboczych ubrankach, mających na ten dzień zaplanowanych ileś instalacji do wykonania, zawaliło wszelakie umówione terminy, bowiem siedzieliśmy u tej pani i z otwartymi gębami słuchaliśmy kompleksowej powtórki historii XXw opowiadanej przez naocznego świadka.
Samej historii nie powtórzę, bo i niewiele pamiętam szczegółów i przede wszystkim nie wiem, czy mi wolno upubliczniać cudzy życiorys, ale tak w skrócie: kresowianka, mąż zesłany na Sybir, ona go tam poszukiwała, potem kilka (!) deportacji, obóz koncentracyjny, zmagania z SB po wojnie… I na koniec samotne życie w kamienicy ze śladami po powodzi tak w połowie ścian, z orzeczeniem jakiegoś urzędnika, do którego poszła po obiecane przez państwo odszkodowanie, a który jej obwieścił, że wg jego danych jej adres nie był zalany, więc odszkodowanie się nie należy, amen, i z brakiem sił i możliwości, by walczyć o swoje.

Takich ludzkich dramatów widzieliśmy trochę, o dużo większej liczbie słyszeliśmy opowieści, dla nas jednak ta Wrocław Story zakończyła się dość szybko, bowiem, jak się rychło okazało, DefectLink w wielkomiejskich realiach nie sprawdzał się kompletnie. Działał tylko przy bezpośredniej widoczności antena-antena, a i to z niezbyt dużego dystansu, więc objąć systemem mogliśmy tylko tych abonentów, których okna wychodziły na maszt, bądź była szansa na zainstalowanie anteny na dachu. W dodatku w tunelach tworzonych przez zabudowę, przy licznych odbiciach sygnału działało to też… różnie, powiedzmy. Z tą więc konkluzją kariera Dectlinka została we Wrocławiu zakończona, my zaś przenieśliśmy się zapewniać łączność telefoniczną w terenach wiejskich. O czym napiszę w kolejnym odcinku 🙂

 

 

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0140970
Visit Today : 34
Hits Today : 188
Total Hits : 520116
Who's Online : 2
Przejdź do paska narzędzi