Historia Telekomunikacji – część 7

Po lekkiej retrospekcji związanej z historią phreakingu, czas na powrót do chronologii. Jak wspominałem w części piątej, pożegnawszy się z TPSA zatrudniłem się w czymś, co na dobrą sprawę było firmą Siemens, choć formalnie nazywało się toto jeszcze wtedy ZWUT S.A. Zatrudniając się wiedziałem co prawda, że będę jeździł w delegacje, nie dotarło jednak do mnie wtedy jeszcze, że ja na te delegacje będę jeździł non-stop przez ładnych kilka lat. Tak więc przeprowadzkę do Stolycy rozpocząłem od poszukiwania jakiegoś kąta do spania. Wynajem samodzielnego mieszkania szybko wybiło mi z głowy kilka telefonów do oferentów takich okazji, niestety, ale czynsz niewiele mniejszy od mej pensji całkowicie dyskwalifikował ten pomysł. Studenckiego rynku mieszkaniowego wtedy jeszcze nie odkryłem, zacząłem więc poszukiwania od pokoi do wynajęcia.
Na początek kopnęła mnie szara rzeczywistość, znana każdemu, kto próbował coś wynajmować, zapewne w dowolnym większym mieście: nieaktualne / za cenę sugerującą, że będę mieszkał w pałacu sułtana / „pokój” w stylu Leszkowego lokum „przy babci” z pamiętnego filmu „Daleko od Szosy” / agencja wynajmu, która ma „dużo ofert” i udostępni je za bezzwrotną opłatą 100zł (teraz to jest chyba nielegalne, wtedy było normalną praktyką i najczęściej okazywało się, że większość ofert jest wyssanych z palca bądź nieaktualnych). Prawie już byłem zdecydowany na pokoik „przy babci”, która z góry zastrzegła, że światła za długo palić nie wolno, że myć zbyt późno się nie wolno, wody spuszczać wieczorem też nie, z kuchni korzystać jedynie w wyjątkowych przypadkach i ŻADNYCH gości, ZWŁASZCZA kobiet ona sobie nie życzy, kiedy znalazłem całkowitym przypadkiem to cudo:

Tak, wbrew pozorom było to cudo. Przedwojenna kamienica, ewidentnie nieremontowana (poważniej) od czasu wojny, na elewacji liczne ślady po kulach, drewniane stropy i ów upojny zapaszek starej, zaniedbanej budowli. Właścicielka tego cuda odzyskała ową nieruchomość jako rodzinne dobra i w czasie przeze mnie opisywanym była tuż po akcji opróżnienia budynku z zamieszkującego go „ludu”, całość wynajęła młodym ludziom na pokoje. W środku absolutny brak wygód i generalnie raczej syf i mogiła, powiedzmy, kontrowersyjność samej kamienicy równoważyła jednak niesamowita atmosfera stworzona przez wynajmujących, tam było, jak w akademiku. Ja mieszkałem w pokoju zaadaptowanym ze starej łazienki, miałem jeszcze nawet na ścianie przedwojenne kafelki, a łóżko miałem postawione dokładnie w miejscu zajmowanym niegdyś przez wannę 🙂 Było tanio, jak na Warszawę nawet bardzo tanio, a ponieważ szybko z właścicielką się dogadałem, że ja uprawniony (już wtedy) elektryk, zacząłem jej w tej kamienicy różne drobne remonty robić (instalacja przedwojenna, przewody izolowane gutaperką jeszcze, było co robić), więc większą część czasu mieszkałem tam w ogóle za darmo. Domofon widoczny od biedy na dolnym zdjęciu to też była moja robota 🙂

Kamienica jako taka nie ma nic wspólnego z telekomunikacją, ale wspominam o niej, bo sama w sobie była niesamowita. Kolorytu dodawał jej pan… powiedzmy, Jasio. Był to ostatni z przedstawicieli „ludu [niegdyś] pracującego” zamieszkującego tąże kamienicę pierwotnie. Nie udało się go stamtąd usunąć, bo jako jedyny z menelstwa miał meldunek w tej kamienicy i nie był skłonny się też wynieść przekonywany argumentami finansowymi, prawdopodobnie głównie dlatego, że rzadko kiedy był trzeźwy na tyle, by rozumieć, co się do niego mówi. Jasio był absolutnie nieokreślonego wieku, wyglądał  na ledwie trzymającego się życia stuletniego starca, w rzeczywistości mógł mieć z 50 lat. Poruszał się przy pomocy laski, bowiem po pożarze, któy sam spowodował zasnąwszy z papierosem w łóżku miał coś nie tak z nogą (podobnie jak i strażak, który został dziabnięty krawieckimi nożycami, w trakcie, gdy usiłował go wyciągnąć z płonącego już łóżka). Mieszkał sobie na poddaszu w pokoju, do którego drzwi nie zawsze za sobą zamykał, a o czym natychmiast cała kamienica wiedziała, bo smród było wtedy czuć aż na parterze. Żywił się Jasio najprawdopodobniej wyłącznie denaturatem oraz tanimi winami (z gatunku „obalanych”). Jako sąsiedztwo bywał mocno uciążliwy, zwłaszcza, gdy np. wywrócił się na schodach w trakcie znoszenia z góry pełniutkiego wiadra, które mu służyło za toaletę. Jednego dnia jednak Jasio nam się przysłużył mocno: ciepło było, zrobiliśmy sobie w ogrodzie za kamienicą grilla. Fajnie było, nawet bardzo, ale tylko do momentu, gdy do zabawy postanowiła nam się dołączyć okoliczna młodzież z gatunku dresowego bydełka. Przyszli całą zgrają i od razu zaczęli zadymę. Mordobicie się jeszcze nie zaczęło, ale pierwsze przepychanki już były, tamtych było więcej, sprawiali wrażenie zaprawionych w bojach „karków”, czuli się pewnie. Sytuacja się dla nich odwróciła nagle i o 180stopni w momencie, gdy nagle gdzieś na górze otworzyło się okno, rozległo się gromkie „Co jest, k…wa!”, po czym rozległ się głośny tupot (schody w kamienicy były drewniane) i po chwili z kamienicy wybiegł pan Jasio! Wybiegł! Na codzień chodził o lasce, utykając, przypominam. Wtedy wypadł galopem, w całym dostojeństwie swego smrodu i rozwianej odzieży od lat nie zmienianej, wznosząc okrzyki bojowe przystanął tylko na chwilę, by wyrwać (wyrwać!) z resztek chodnika przy wejściu płytę chodnikową i z tą płytą wzniesioną nad głowę rzucił się na dresoidów. Pięć sekund i ani jednego sebixa nie było na podwórku 🙂
Pana Jasia w podzięce usiłowaliśmy obdarować półlitrówką wódki czystej, czyli czymś, co chyba nieczęsto mu się trafiało. Ku naszemu zdumieniu jednak Jasio bardzo grzecznie (choć lekko bełkotliwie) podziękował, mówiąc, że on wódki pić nie może bo zdrowie mu nie pozwala i jeśli nie mamy nic przeciwko, to byśmy mu dali ze dwa złote, on sobie wino kupi.

Zostawmy jednak perypetie mieszkaniowe na boku, wróćmy do telekomunikacji. Pisałem, że mianowany koordynatorem instalacji Dectlinka rozpocząłem życie na niekończących się delegacjach. Pierwsza moja delegacja była jednak delegacją specjalną, bowiem odbyła się w pokazowym stylu, tak typowym dla późniejszych instalacji. Zaplanowany był wyjazd do Wrocławia, tego dnia stawiłem się z torbą przekonany, że jadę do wrocka, co ważniejsze, facet, z którym miałem jechać, też myślał, że jedziemy do wrocka. Przed odjazdem jednak otrzymał telefon, że ma wejść na chwilę do biura. Wszedł, wyszedł i obwieścił, że nie jedziemy do Wrocławia, jedziemy do Opola. Amen!

Sprawa była pilna, bowiem do Opola pojechała sobie awaryjnie tam dostarczona centrala EWSD w wykonaniu kontenerowym. Była ona niezbędna, ponieważ oryginalna centrala pracująca w Opolu została zalana w trakcie powodzi, to był bodajże jakiś biegowy zabytek, w miejsce którego miała być montowana EWSD właśnie, a ponieważ demontaż złoma, adaptacja – to wszystko wymagało czasu, wymyślono, że jako tymczasowe rozwiązanie stanie przy budynku TPSA kontener. Siemens takie kontenery produkował, a jakże, gotowe urządzenie zostało do nas wysłane gdzieś z siemensowego matecznika, planowaniem operacji zajęli się też Niemcy osobiście, z niemiecką skrupulatnością. Kontenerek był sporawy, niestety nie udało mi się znaleźć jego zdjęcia, jedynie taka zabawka:

EWSD

Problemem był sam przejazd takiego zespołu przez Opole – całość była dość wysoka, możliwość przejazdu ładunku o takich gabarytach była więc specjalnie konsultowana ze służbami miejskimi. Wyszło, że przejedzie. W szczególności wyszło, że przejedzie pod wiaduktem w pobliżu opolskiego dworca PKP, choć z bardzo niewielkim luzem.
W sumie, nie za bardzo wiem, co zawiodło. Czy opolskie służby miejskie oparły się wyłącznie o posiadane plany, zapewne jeszcze poniemieckie i nie uwzględniające, że w międzyczasie pod wiaduktem ileś warstw asfaltu przybyło, czy też od strony Siemensa ktoś, kto planował, widział tą centralę też tylko w formie zabawki jak na zdjęciu i nie miał pojęcia o drobiazgu, który na zabawce nie jest uwzględniony: o mieszczących się w tyle kontenera klimatyzatorach. Taka centrala w czasie pracy wytwarza ogromne ilości ciepła, bez bardzo wydajnego chłodzenia szlag by ją trafił błyskawicznie, klimatyzacja jest jej do pracy absolutnie niezbędna.
Feralnego dnia kierowca lawety ostrożnie podjechał do wiaduktu, „przykucnął”, doturlał się bliżej, stwierdzono komisyjnie, że między kontenerem a dołem wiaduktu jest jeszcze z 15cm prześwitu, więc powolutku, powolutku dał do przodu. Kontener wydawał się mieścić bez problemu, więc kierowca nawet wdepnął lekko w gaz. No i wtedy… CHHRRRRRRUP!

Niestety, w tyle kontenera była na jego szczycie zabudowana dodatkowa klatka, wystająca ponad obrys kontenera, a zawierająca wspomniane klimatyzatory. Zostało to pięknie i dokładnie ścięte, a ślad po tej kolizji widać było na krawędzi wiaduktu jeszcze całe lata po tym zdarzeniu. Centrala zaś, jako taka sprawna i nieuszkodzona stała się bezużyteczna z powodu braku klimatyzacji. i to było właśnie nasze zadanie: odłączyć klimatyzator, „oszukać” układy kontroli uniemożliwiające pracę centrali bez tego urządzenia i uruchomić samą centralę. Z wrotami pootwieranymi na oścież, porozstawianymi wewnątrz całymi bateriami wentylatorów „domowych” i o ile mnie pamięć nie myli, dwóch czy trzech zestawów klimatyzatorów typu „kompakt”. Miało to tak działać do czasu dowiezienia oryginalnego klimatyzatora z Niemiec i naprawienia całości już przez fachowe siły. Bo my o tym urządzeniu nie mieliśmy zielonego pojęcia, pojechaliśmy tam jako będący akurat pod ręką, operację całą zaś przeprowadziliśmy pod dyktando fachowca doradzającego nam przez telefon.

Tamże usłyszałem przy okazji jeszcze inną historię, też związaną z centralą kontenerową. Tymi centralami ratowało się wówczas po powodzi wiele miast, nie tylko Opole, centrala taka trafiła więc również i do… na 99% jestem pewien, że w opowieści była mowa o Kłodzku. Konkretnie o Twierdzy Kłodzko, na terenie której był obiekt TP i tamże miał trafić kontener. Miejsce nań było, niestety nie było żadnej możliwości wwiezienia jej tam, zbyt wąskie kręte uliczki całkowicie taką możliwość wykluczały. Niemcy sobie wymyślili, że podstawią ją pod mury twierdzy i zostanie podniesiona i postawiona na miejsce przy pomocy dźwigu. Niestety, znów okazało się to nierealne, dostępne lokalnie dźwigi miały zbyt mały wysięg, by zrobić to „z dołu”, z góry zaś znów był problem z wjechaniem tam odpowiednio dużego dźwigu, małe zaś wysięgały poza mur ledwie ledwie, dźwigowy musiałby ładunek podnosić totalnie na ślepo i z ryzykiem uderzenia o mur, żaden się nie chciał podjąć. Decydenci byli już załamani, usiłowano drążyć pomysły typu możliwość wynajęcia od Wojska usługi wykorzystania śmigłowca z odpowiednio dużym udźwigiem, kiedy podobno całkiem przypadkowo im zaproponowano, żeby zadzwonili do jakiegoś lokalnego dziadka, który ma stary dźwig i jest cudotwórcą.
Zadzwoniono, przyjechał. Starszy dziadek na będącej zapewne jego rówieśnikiem przedpotopowej ciężarówce, na której był zabudowany jakiś stalowy wiecheć. Dziadek wysłuchał o co chodzi, obejrzał kontener, spojrzał, skąd miałby go podnieść, stwierdził krótko „podepnieta mi to?” i zabrał się za robotę. Wjechał na teren twierdzy, rozplątawszy liny rozłożył wiecheć, który okazał się być kratownicowym żurawiem. Lina z żurawia została opuszczona na dół, kontener został do niej podczepiony, po czym dziadek usłyszawszy, że już można, nawet niespecjalnie zwracając uwagę, na kogoś, kto usiłował koordynować operację, po prostu podniósł ten kontener, wciągnął go na górę, gdy tylko zobaczył go ponad murami, „przełożył” go na docelowe miejsce i niemalże na jednym bujnięciu postawił na wymaganym miejscu. Wszystko to bez wyjmowania peta z ust. Pracownicy TP w szoku, Niemcy w szoku, wisząc na telefonach szwargocą coś z zaaferowaniem, dziadek zaś spokojnie składa swój zabytek do transportu.

Prosto z Opola pojechałem już do Wrocławia. Tamże, jak wspominałem, miał być instalowany nasz cudowny Defectlink jako remedium na pozalewane kable telekomunikacyjne. Pilotażowa instalacja do testów miała być zawieszona na Hali Stulecia i tamże (w okolicy) miały się odbyć pierwsze testy systemu. Czemu akurat tam i czemu z Hali – nie mam pojęcia, takie ustalenia odbywały się daleko poza mną, pamiętam tylko, że gdy spytałem bez pomyślunku, dlaczego anteny mają być na hali, a nie na stojącej obok, wyższej od hali iglicy (która przy tym daleko bardziej kojarzyła mi się z masztem antenowym, niż hala), mój dowodzący wtedy współpracownik odparł był krótko: a wszedłbyś tam na iglicę z antenami pod pachą?
Zdjęcie poglądowe, by było wiadomo, o czym mowa:

Hala(zdjęcie ze strony halastulecia.pl )

Iglica po prawo, hala po lewo. Anteny, wyglądem przypominające normalne sektorowe wykorzystywane w GSM były zainstalowane wokół najwyższego segmentu kopuły. Widać to może będzie lepiej z tego zdjęcia:

hala-stulecia(zdjęcie ze strony polskazdrona.pl )

Tamże, gdzie te malutkie, kwadratowe okienka, między nimi na ścianie montowaliśmy anteny. Zdjęcie jest współczesne, wtedy nie było ani fontanny, ani na dachu tych paneli widocznych tam obecnie (wymienniki? fotowoltaika?), byliśmy tam my, nasze graty i bardzo zdziwiona nasza obecnością wrona, która łaziła tuż koło nas wcale się nie bojąc i ewidentnie dziwiąc się, co my na jej dachu robimy.
Anteny antenami, ich powieszenie nie było szczególnie skomplikowaną operacją. Gorzej sprawa się miała z przewodami. Te bowiem musieliśmy sprowadzić na sam dół do pomieszczenia technicznego, znajdującego się do dzisiaj na dole, tuż przy wyjściu do części restauracyjnej (Wyjście B?). O i tu niemieccy inżynierowie z początku ubiegłego wieku przyprawili mnie o opad szczęki. Hala była wybudowana w samych początkach XX wieku, w czasach, gdy elektryczność była już w powszechnym użyciu, ale jej inne zastosowania, niż oświetleniowe dopiero raczkowały i raczej nie projektowało się budynków z myślą o okablowaniu strukturalnym. Tymczasem, jak mieliśmy okazję się przekonać łażąc po konstrukcji hali już od środka:

hala2(źródło: halastulecia.pl)

wzdłuż każdego z tych żelbetowych żeber, w miejscu jego przejścia przez każdy z poziomych wieńców (na zdjęciu nie widać, ale tam między żebrami a oknami jest całkiem spora przestrzeń okolona dość szerokim przejściem utworzonym przez brzeg wieńca, więc nie musieliśmy fruwać) był wykonany przepust kablowy! Kablowy przepust, o konieczności wykonania którego jakiś inżynier pomyślał ponad sto lat temu, uznając, że być może kiedyś ktoś będzie chciał tam poprowadzić jakieś instalacje. Tak więc nasze kable tylko przetykaliśmy przez otwory w kolejnych żebrach i wyciągaliśmy je „piętro” niżej aż do ostatniej partii okien, przez które ponownie wyszliśmy na zewnątrz a tam już po dachu sprowadziliśmy kable aż do ziemi. O i tu ja dostałem zadanie bojowe: machnąć przez ścianę dziurkę do wnętrza pomieszczenia technicznego. Pomieszczenie okazało sie być prawdziwym bunkrem, niepozornie wyglądająca ściana była bowiem litym betonowym blokiem o niemal metrowej grubości. Wierciłem to…. dłuuuugo. Teraz zaś, po latach, korzystając z okazji pobytu w Hali Stulecia, z okazji odbywającego się tamże Polconu 2016, zamęczyłem własną rodzinę koniecznością szukania dziury w ścianie, ale znalazłem. Już bez kabli, ale jest, cały czas istnieje, owoc mego trudu:

I na dziś koniec. Zagłębiwszy się w dygresje i wątki poboczne znów niewiele posunąłem historię do przodu, ale w następnym odcinku już obiecuję opisać, co z tego Dectlinka wyszło.

 

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

2 Responses to Historia Telekomunikacji – część 7

bajcik
Commented:  22 sierpnia 2016 at 21:56

Widzę zakaz wjazdu do dziury. Uprawnienia do obrazka?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (1)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0123078
Visit Today : 16
Hits Today : 106
Total Hits : 451621
Who's Online : 2
Przejdź do paska narzędzi