Historia Telekomunikacji – część 5

W TPSA, jak ostatnio wspominałem, przepracowałem tylko 6 miesięcy. Bądź aż 6 miesięcy, zależy jak na to patrzeć. Ale mniejsza o to, moja pisanina ma być historią telekomunikacji, nie Jarka.P żali do całego świata 🙂

Pożegnawszy się z tepsą przez kilka tygodni byłem bezrobotny, a że akurat były wakacje, ja zaś zobowiązań nie miałem żadnych, to używałem sobie. Ot, rozsyłałem jakieś CV, nawet jakieś pomysły na własny biznes miałem (które nigdy z fazy pomysłu nie wyszły), aż wreszcie któregoś dnia kolega z roku wspomniał, że ktośtam od nas „do simensa poszedł”. I że tam przyjmują wszystkich jak leci, dobrze płacą, dają służbowe samochody i mieszkania służbowe nawet zapewniają! Oczywiście, że się zainteresowałem, kto by się nie zainteresował, prawda? Troszeczkę co prawda mi bruździł fakt, że była to praca w samej stolicy, ja zaś wtedy mieszkałem z rodzicami w niedużym mieście jakieś 100km od Warszawy, jednakże nie był to dla mnie wielki problem. Usamodzielnić się już chciałem, poza tym w moim mieście wtedy szalało bezrobocie największe w województwie (główny pracodawca na cały region, jedne z większych zakładów przemysłowych w Polsce zostały chwilę wcześniej „sprywatyzowane”, głównie przy pomocy wielu ciężarówek, a potem iluś kłódek), w pobliskich większych miastach nie udało mi się znaleźć innej, sensownej pracy, a że w domu nic mnie właściwie nie trzymało, postanowiłem zaryzykować. Kolega udostępnił namiary, zadzwoniłem, miły pan po drugiej stronie potwierdził, że poszukują inżynierów, bardzo się zainteresował, gdy powiedziałem, że jestem byłym pracownikiem TPSA i poprosił o CV. Wysyłałem je faksem, na poczcie, podobnie zresztą, jak kilka wcześniejszych, do innych firm. Faks wydrukował potwierdzenie, ja zaś przeżyłem lekkie zdziwienie, gdy zamiast spodziewanego „Siemens” zobaczyłem na potwierdzeniu jakiś dziwny i kompletnie mi wtedy nic nie mówiący skrót ZWUT.

Żupnicza_–_Mapy_Google_-_Google_Chrome_2016-08-12_10-48-18

(źródło: google streetview, celowo przedstawiam mniej atrakcyjny widok od strony „produkcji” a nie reprezentacyjnego budynku głównego, bo po pierwsze w czasie, gdy się tam zatrudniłem, budynek główny był jeszcze rozebrany do gołej żelbetowej konstrukcji, po drugie, ZWUT a potem „nasza” część Siemensa mieściła się własnie w tej mniej reprezentacyjnej części, w głębi za widoczną na zdjęciu halą)

Skrzydła mi lekko opadły, ZWUT brzmiało dla mnie trochę jak ZURT czy też cały szereg innych Zakładów Remontowych Budowlanych i tym podobnych, ale trudno. Skoro mówili, że jest to Siemens, to może jest, tylko faks tak głupio odpowiada? Tak czy tak, słowo się rzekło, wsiadłem w pociąg, pojechałem na umówione spotkanie do stolycy, niech się dzieje wola nieba!

Żeby nie przedłużać – był to Siemens i zarazem nie był. Formalnie, Siemens mieścił się pod tym samym adresem, ale oddzielony był od mojego nowego pracodawcy płotem oraz wieloma formalnościami. Ja zaś zatrudniony zostałem przez wykupione w całości przez Siemensa, ale funkcjonujące wtedy jeszcze pod pierwotną nazwą Zakłady Wytwórcze Urządzeń Telefonicznych. Tak więc, logicznie był to Siemens, tak też odpowiadałem na częste wtedy (po ukończeniu szkół) pytania kolegów o to, gdzie pracuję, bo brzmiało to o wiele bardziej prestiżowo, ale formalnie i na papierze prawda była okrutna: pracowałem w… w  ZWUT-cie 🙁 Za pieniądze ponad dwukrotnie większe, niż miałem w TPSA co prawda, no ale jak to brzmiało, no?

Teraz, po latach i z perspektywy mogę napisać, że stałem wtedy u progu naprawdę nielichych możliwości. Telekomunikacja w Polsce była w stanie żałosnym, jednocześnie było ogromne ciśnienie na jej unowocześnienie, za ciśnieniem szły ogromne pieniądze, a za pieniędzmi – kontrakty. A my wtedy byliśmy jednym z głównych dostawców sprzętu telekomunikacyjnego… Zatrudniłem się naprawdę w doskonałym momencie i jeśli czegoś mi zabrakło do stania się przez te lata znaczącą personą w świecie telekomunikacji i zrobienia takiej kariery, jakie porobiło wielu moich kolegów z pracy, to był to na pewno język. Orłem z języków obcych nigdy nie byłem, dodatkowo bruździło wrodzone lenistwo i brak sensownego nauczyciela, życie zawodowe zaczynałem z jedynie szczątkową znajomością angielskiego, nie było więc mowy o wysyłaniu mnie choćby na szkolenia do firmowego matecznika. Tak więc, żeby podsumować te osobiste wywody, drogie dzieciaczki, nieważne, jaką szkołę obierzecie (sprawdzić, czy nie Wyższa Szkoła z Mchu i Paproci, kierunek: ezoteryka i bioenergoterapia), jeśli chcecie być „kimś”, jeśli nie chcecie skończyć przy takiej lub innej łopacie, uczcie się języków! Jakich – to już zależy od konkretnej branży, ale myślę że dla inżyniera biegły angielski jest równie niezbędny jak ręce, czy oczy. Albo nawet bardziej.

Tak więc, zostałem świeżo upieczonym pracownikiem ZWUTu, zatrudniani w tym samym czasie, a bardziej ogarnięci językowo koledzy niemalże od ręki byli wysyłani do Monachium na szkolenie, ja zaś po równym miesiącu grania w „kulki” w „Pokoju Uruchamiaczy” zostałem mianowany koordynatorem instalacji systemu telekomunikacyjnego, znanego pod oficjalną nazwą DECTLink, a niedługi czas potem pod nieoficjalną: DefeCTLink 🙂 Nazwa mego stanowiska też zresztą była czysto oficjalna, bo nieoficjalnie – po prostu dołączyłem do ekipy monterskiej.

Był rok 1997. Była powódź, zwana potem Powodzią Tysiąclecia. Na południowym zachodzie Polski wiele rzeczy wtedy szlag trafił, ale chyba najgorzej na tym wyszła ówczesna telekomunikacja. Funkcjonująca do tej pory często jeszcze na poniemieckiej infrastrukturze, pełna zabytkowych rozwiązań, „jakoś” działała, niestety po powodzi działać w większości przestała. Na pozalewowych terenach telekomunikacja formalnie rzecz biorąc przestała istnieć, ocalały jedynie nowsze fragmenty sieci robione już nowoczesnymi kablami oraz te fragmenty infrastruktury, które udało się na czas zdemontować i wywieźć (starsi pracownicy opowiadali mi tu potem o ciężarówce z HDSem, która po prostu wyrywała uliczne szafy z fundamentów, a okablowanie było odcinane piłą łańcuchową). A telefony raz, że były niezbędne do życia, dwa – ludzie mieli na te telefony popodpisywane umowy, w nich TPSA gwarantowała świadczenie usług, musiała się z tego jakoś wywiązać. O i tu właśnie wchodził nasz DECTlink. Był to system radiowego dostępu telefonicznego, pozwalający na szybkie przywrócenie usług na znacznym terenie (w teorii) przy użyciu dość prostych środków.

DECT(źródło: materiały reklamowe Siemens znalezione w internecie)

W przedstawianej przez handlowców teorii był to wręcz cudowny system: stawiamy na środku zurbanizowanego obszaru antenę mikrofalową (RBS), pracującą z bardzo niewielką mocą, obok kontroler stacji (RBC), u abonentów wieszamy terminale (RNT), gdzieś na hoście przy centrali stawiamy centralny kontroler RDU integrujący ileś takich anten i ileś systemów w jedno i już, to wszystko, z każdej jednej stacji bazowej do 480 abonentów z zasięgiem do bodajże 5 kilometrów, w przyszłości możliwa integracja z systemami GSM, ISDNy bez problemu, cuda, panie, czyste cuda. Produkt był, potrzeby były ogromne, więc i kontrakty popodpisywano ogromne. A my pojechaliśmy to instalować. Najpierw pilotażową instalację w liżącym się właśnie z popowodziowych ran Wrocławiu.

I tu, proszę wycieczki, odcinek zakończę. O DECTlinku w sieci jest bardzo niewiele, a ja mam bogaty materiał prywatny, tylko muszę go odszukać w starych „analogowych” albumach i poskanować. Na kolejne odcinki Subiektywnej Historii Telekomunikacji przyjdzie więc chwilę poczekać, a na zachętę i dla podkręcenia dramaturgii dodam tylko, że będzie o rozliczanej w firmie fakturze z klubu go-go, o historii wielkiej miłości polsko-węgierskiej, o żywej księdze historii powojennej Polski, przez którą zawaliliśmy któregoś dnia cały dzień poplanowanych instalacji i o – jak nasza księgowa kontrolująca delegacyjne wydatki przyznała –  najdziwniejszej fakturze, jaka przewinęła się z naszych delegacji przez jej ręce, a był to „wynajem koni pod wierzch” (bo klub go-go, który byłby zapewne niekwestionowanym liderem, wystawił fakturę opisaną jako „usługa gastronomiczna”, a wystawcą była firma kryjąca się pod nazwą „auto-moto-serwis” czy jakoś tak).

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (1)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0123078
Visit Today : 16
Hits Today : 103
Total Hits : 451618
Who's Online : 2
Przejdź do paska narzędzi