Historia Telekomunikacji – część 4

telefonia nośna

W ostatnim odcinku opisałem „kabel specjalny” dekorujący mą przełącznicę. Nie był on jednak jedynym nietypowym elementem znajdującym się tamże. Było też trochę sprzętu wydającego mi się wtedy szczytem techniki, a służącego do rozmnażania linii telefonicznych. Tak, właśnie rozmnażania. Bowiem największą bolączką ówczesnej telekomunikacji był ustawiczny brak tychże. „Brak możliwości technicznych” to była najczęstsza odpowiedź otrzymywana na wniosek o założenie telefonu, a gdy pechowi niedoszli abonenci próbowali wyjaśniać, co się za tym stwierdzeniem kryje, tłumaczono im to w sposób jeszcze mniej dla nich zrozumiały: „brak wolnych par”. Cóż, jeśli na jakieś osiedle szedł sobie kabel stuparowy, mógł on obsłużyć stu abonentów. Teoretycznie. Teoretyczny sto pierwszy kandydat na abonenta, choćby się nawet wściekł, telefonu nie otrzymał, bo… bo brakło wolnych par właśnie. Nie było go jak połączyć do centrali.

Tu jednak była czysta sytuacja, kandydat do mania telefonu otrzymywał odmowę, wszystko grało. Gorzej jednak, gdy na którejś z działających i już zajętych par pojawiała się trwała usterka. Normalnie, takiego abonenta przeniosłoby się na inną, wolną parę,a ta uszkodzona w ewidencji kabla zostałaby zaznaczona jako niesprawna. Co jednak, gdy kabel był zajęty do pełna, a wolnych par nie było? Abonent ma podpisaną umowę na świadczenie usług, za niedziałający telefon przysługuje mu odszkodowanie, najczęściej jednak odszkodowanie go g…no obchodzi (przepraszam za język, ale to był cytat z typowego przebiegu rozmowy z takim abonentem), on chce mieć sprawny telefon. Co wtedy? Oczywiście służby kablowe dostawały zlecenie i wadliwy odcinek kabla musiał zostać wymieniony, roboty kablowe jednak miały dość dużą bezwładność (którą jedynie nieznacznie przyspieszał fakt, że w uszkodzonym kablu usterek zwykle pojawiało się więcej), taka usterka potrafiła wisieć i miesiąc. Co zatem zrobić z abonentem? Trzymać go miesiąc „na usterce”, cierpliwie znosząc jego skargi i ignorując pisma słane coraz wyżej? No nie, bowiem i telefony od takiego abonenta bywały męczące i pisma słane do dyrekcji zwykle wracały do nas z adnotacją „proszę o rozwiązanie problemu”. Rozwiązywaliśmy zatem. Typowym rozwiązaniem stosowanym w takich sytuacjach była tzw. „ruchoma usterka”. Awanturującego się abonenta przekrosowywało się na sprawną parę, a abonenta działającego na niej wcześniej – na tą uszkodzoną. Pierwszy abonent cały szczęśliwy, że już po trzech dniach usterka usunięta przestawał dzwonić i słać skargi, niedziałający telefon zgłaszał zaś abonent drugi. Jednak dla niego sprawa była nowa, więc zanim sytuacja się zaogniała, miało się znów dwa-trzy dni czasu, po czym ponownie się robiło podmianę, z kolejnym abonentem. „Ruchoma usterka” była rozwiązaniem drastycznym, bywało jednak, że w ogóle rozwiązywała problem. Usterki kablowe rzadko kiedy polegały na totalnym uszkodzeniu linii, najczęściej były to doziemienia (zwarcia z ziemią) w wyniku mechanicznego uszkodzenia izolacji i zawilgocenia kabla. Wilgoć nie powodowała pełnego zwarcia, a jedynie pogorszoną rezystancję do ziemi, dla abonenta powodowało to „tylko” pogorszoną słyszalność, szumy i brzęczenie w słuchawce, problemy z prawidłowym wybraniem numeru w przypadku aparatów z tarczą. I dość często okazywało się, że ruchoma usterka trafiała w końcu na takiego abonenta, któremu to nie przeszkadzało wcale, bądź nie przeszkadzało na tyle, by cokolwiek z tym zrobić.

Wróćmy jednak do tych, którzy chcieli mieć telefon, a nie mogli, bo nie było wolnych par. Zwykły Kowalski po prostu otrzymywał odmowę i potem najwyżej się skarżył dopalając Sporta, że on to na telefon już siódmy rok czeka. Co jednak, gdy Kowalski należał, gdzie trzeba, znał kogo trzeba, a na telefonie mu BARDZO zależało? Bądź zamiast Kowalskiego o przydział telefonu występowała jakaś ważna komórka państwowa? Tu już nie można było zabrać linii komuś pośledniejszemu, by dać ją towarzyszowi Kowalskiemu. Można jednak było taką linię rozmnożyć. Z pomocą przychodziła elektronika. W latach 90-tych, kiedy to pracowałem w TPSA, zachwyt mój wzbudzały dwa rozwiązania. Pierwsze z nich, to była to tzw. „Telefonia Nośna”. Już wtedy było przestarzałe, jednak strasznie mi się podobało ze względu na swą konstrukcję. Było to bardzo ciekawe, całkowicie analogowe rozwiązanie, w którym kilkanaście (12 albo 16, nie pamiętam) linii telefonicznych było elektronicznie upakowanych w jeden sygnał i tenże sygnał był przesyłany od nas z TPSA gdzieś do celu, gdzie na przykład na zapleczu lokalnej poczty czy sklepu GS wisiało sobie na ścianie zakończenie tejże telefonii nośnej i dalej już lokalnie rozchodziły się normalne linie telefoniczne.  System ten był ciekawym rozwiązaniem od strony elektronicznej, ale jak pisałem, najciekawsza była jego konstrukcja mechaniczna. Od strony stacyjnej taka telefonia wyglądała mniej  więcej tak:

telfonia nośna 2(a zdjęcie z początku niniejszego wpisu to oczywiście fragment tego samego stojaka, przedstawiający zintegrowaną część pomiarowo-kontrolną. Oba zdjęcia pochodzą z forum Elektroda.pl, z tego wątku, a są autorstwa forumowicza Łukasz-O).

Estetyczne i bardzo solidne metalowe stojaki z zamykanymi szafkami, całość na tyle porządnie wykonana, że stojaki te w wielu miejscach przeżyły samą technologię, długo jeszcze wykorzystywane do innych potrzeb.  Z tymi potrzebami zresztą różnie bywało, jeśli stojak nie miał pełnego wyposażenia, szafki bywały w środku puste i wtedy stanowiły bardzo przydatny schowek na różne rzeczy, których niepowołane osoby nie powinny oglądać. O czym napiszę, już niedługo 😉 Całość stała sobie na obiekcie, dla nas stanowiła czarną magię i to taką z tabliczką „nie dotykać”, czasem tylko do tego zjawiali się tajemniczy panowie. Co ciekawe, nikt ze współpracowników nie potrafił mi wtedy wytłumaczyć co to takiego jest, padała nic mi nie mówiąca nazwa „telefonia nośna” i tyle. Obecnie wiem tylko tyle więcej, że rozumiem, do czego to służyło i mniej więcej wiem, jak działało. Praktycznej wiedzy jednak nie mam wcale.

Nowoczesną i trochę lepiej mi znaną metodą rozmnażania linii telefonicznej była za moich czasów tzw. PCMka.

PCM4 (zdjęcie z forum elektroda.pl, autorstwa )

Typowo było to u nas PCM-4, zdjęcie przedstawia część abonencką, taka skrzynka musiała wisieć u kogoś na zakończeniu linii i za nią dopiero były cztery normalne linie telefoniczne. Było to już cyfrowe urządzenie, które w jedną linię fizyczną pchało czterech abonentów. W porównaniu z telefonią nośną zapewniała jednak o wiele lepszą jakość działania i niezawodność, była też stosunkowo tanim rozwiązaniem. Dlatego była stosowana na potęgę wszędzie tam, gdzie były braki w infrastrukturze, a jej śmierć przyniosło właściwie dopiero trafienie internetu pod strzechy – przez PCMkę nie chciały się łączyć modemy z pamiętnym 0202122. Posiadacze numerów z PCMki, wcześniej nawet nieświadomi tego faktu, nabywszy komputer i stwierdziwszy, że modem nie działa reklamowali to w TPSA i wtedy trzeba ich było przekrosowywać na gołą parę, a PCMkę dostawała sąsiadka. Kiedy jednak sąsiadka też kupiła komputer, a dalszych nie było, zaczynały się problemy. Echa tych problemów cały czas jeszcze można znaleźć w internetach, opisy batalii a nawet wzory pism do TPSA gwarantujących sukces w pozbyciu się PCMki.

Było jeszcze wiele innych metod rozmnażania linii, opisałem wyżej dwie, używane w „moim” oddziale, jednak kilka lat później, gdy już jako inżynier pracujący dla producenta sprzętu jeździłem po różnych oddziałach TPSA w całej Polsce, trafiłem na cudeńko. Było to bodajże w Jarocinie (choć bez pewności to piszę), tamtejszy kierownik teletransmisji był wielbicielem starych rozwiązań i z części z nich zrobił u siebie coś w stylu muzeum. W pomieszczeniu, w którym szumiały sobie już w najlepsze półki SDH i lśniły na żółto patchcordy światłowodowe, gdzieś z boku stał sobie stalowy spawany stojak, a na nim podobno cały czas sprawne i działające przekaźnikowe rozwidlacze, które robiły z jednej pary miedzianej dwie przy pomocy prostej elektrotechniki wspomaganej centralą, która odwracała polaryzację pętli w zależności od tego, czy działać miał abonent A, czy B. Bo obaj naraz nie mogli. Pan kierownik twierdził, że na tym już abonentów nie ma, on zaś tego nie dał zezłomować, trzyma bo ma sentyment. Takich skarbów było tam jeszcze więcej, zapamiętałem ten rozwidlacz, bo był ciekawy po prostu.

Wracając do chronologii mej historii – w TPSA przepracowałem wszystkiego pół roku, szczerze mówiąc niespecjalnie mi się tam spodobało, najbardziej zaś nie podobało mi się to, że mnie – świeżo upieczonemu absolwentowi wysoko punktowanego wydziału politechniki jakoś średnio się widziała perspektywa kariery ubranego w granatowy fartuszek młodszego ciągacza krosówkowego, z dyskusyjną perspektywą awansu na szeregowego pracownika utrzymania ruchu jako szczytu kariery, a bez pleców i znajomości były to właściwie jedyne realne perspektywy. Tak więc po pół roku rozstaliśmy się, bez żalu chyba z obu stron, na zakończenie tego rozdziału historii zaś nie mogę sobie odmówić opisania jeszcze jednej rzeczy. Rzeczy tak nierozerwalnie związanej z TPSA tamtych czasów, że to wręcz regułą było. Otóż, w TPSA się piło. Nie twierdzę, że wszędzie, nie twierdzę, że wszyscy, ale, jeśli w obu oddziałach, w których pracowałem „walili wódę” regularnie, a potem jeszcze w iluś nawiedzanych przeze mnie „z ramienia” widywałem to samo, to chyba mogę mówić o jakiejś powtarzalności? 🙂

Oczywiście, nie pili wszyscy i nie pili cały czas. Pijaństwo odchodziło zwykle na dyżurach, gdy na obiekcie zostawali sami swoi, ale i w normalnych godzinach pracy też różnie bywało, były na to wypracowane metody. W pierwszym z moich obiektów był na przykład pokój operatorów centrali, do tego pokoju przechodziło się z mojego BNu przez krótki korytarzyk i była to jedyna droga dostania się tamże. W korytarzyku była ułożona tzw. „ślepa podłoga” albo „podłoga techniczna”, czyli dość ciężkie płyty ułożone na specjalnych stelażach, pod nimi bowiem przechodziło całe okablowanie od centrali do przełącznicy. Taka podłoga jest rzeczą powszechną w budynkach związanych z telekomunikacją a i coraz częściej w budynkach biurowych i nie jest żadnym problemem zrobić ją tak, by była nie do odróżnienia od normalnej, sztywnej podłogi. W tymże korytarzyku jednak chodziło się jak po klawiaturze fortepianu. Każdy panel się bujał, każdy nadepnięty stukał o stelaż, idąc tamtędy wywoływało się dość głośny łomot i właściwie nie było metody, by tamtędy przejść bezszelestnie. Dziwiło mnie to niezmiernie i w naiwności swej pytałem nawet, czy tej podłogi się nie da wyregulować, zamiast odpowiedzi uzyskując jedynie uśmiechy i stwierdzenia, że się da, ale nie wolno. Po pierwszej imprezce w czasie pracy już wiedziałem. Łomot rozlegający się z korytarzyka dawał mnóstwo czasu, można było pochować szklanki, nawet łyk herbaty złapać, by usta „odświeżyć”. Wtajemniczeni wiedzieli również, że wchodząc w ten korytarzyk należy się już z daleka anonsować mówiąc, kto idzie, żeby niepotrzebnej paniki nie siać. Znakomitym miejscem do chowania dowodów zbrodni były zaś wspominane na początku wpisu szafki Telefonii Nośnej. Tam nikt nieupoważniony i tak nie zaglądał, a gdyby nawet – taka szafka to nie biurko, nie ma swojego właściciela, zawsze można powiedzieć, że nie wiadomo co to, czyje to i skąd się wzięło.

Obok okazyjnego popijania bywały i ciężkie imprezy. Okazją zwykle były czyjeś imieniny. Firmową tradycją było wyprawianie tychże imienin z pompą, suto zastawionym stołem i oczywiście, w czasie pracy. No, najwyżej, dla porządku, pod koniec. Impreza taka potrafiła się przeciągnąć i tak, bywało, że do bardzo późna, a potem, następnego dnia wychodziły różne rzeczy na jaw. A to, że pan kierownik poległ był gdzieś na przystanku, a do siebie doszedł już pozbawiony wszelakich ruchomości, w tym kluczy do obiektu, firmowej przepustki oraz „serwisowej” karty do Urmetów (automatów telefonicznych „na kartę), pozwalającej na konfigurowanie automatu, czy też dzwonienie z niego za darmo. A to z kolei, dwóch monterów wsiadło do nocnego tramwaju z poważnym zamiarem dojechania do domu, w tramwaju na krzesełkach ciepło ich lekko zmorzyło i tak sobie jechali i jechali, aż wreszcie obudził ich motorniczy potrząsając za ramię i mówiąc, że on już zjeżdża do zajezdni, ale jak tu na przystanku poczekają, to za 20 minut pojedzie pierwszy tramwaj linii dziennej, w nim mogą spać dalej.
Kiedy panowie uświadomili sobie, że całą noc przespali w tramwaju jeżdżąc od pętli do pętli, oczywiście usiłowali robić awanturę motorniczemu, że nie obudził ich wcześniej. Motorniczy jednak rozbroił ich odpowiedzią:
– tak panowie słodko spali, że nie miałem sumienia budzić.

I jeszcze jedna opowieść, tym razem z późniejszych lat, gdy pracowałem już jako „uruchamiacz”, z ramienia producenta sprzętu jeździłem po oddziałach TP i konfigurowałem nowozainstalowane urządzenia. W pewnym miejscu pracowałem sobie tak, że dzień spędzałem objeżdżając sprzęt zainstalowany na zewnątrz, najczęściej w ulicznych szafach, na koniec dnia zaś zjeżdżałem do lokalnego centrum TP, konfigurując resztę z poziomu zainstalowanego tamże systemu zarządzania. Komputer z tymże systemem stał sobie w pokoju operatorów, tamże siedzieli dyżurni, fajne „chłopaki”, dawało się z nimi pogadać o wszystkim, jednak zjawiając się tam dzień po dniu odnosiłem wrażenie, że tak jakbym przeszkadzał. Nie zdążyłem jednak sam wyciągnąć wniosków, bo kolejnego dnia została zagajona rozmowa, w tonacji bardzo nieśmiałej:
– bo wie pan… my to tutaj, jak już zostajemy na dyżurze na pustym obiekcie, to sobie lubimy czasem tak swobodniej coś zjeść… czy wypić… może by pan… też?…

Wtedy się wymówiłem, ale na następną wizytę przyszedłem już przygotowany i choć sam, jako kierowca pozostałem przy herbatce, natychmiast przestałem być „panem”, a stałem się swoim chłopem, a dalsza, dość długo trwająca współpraca (bo po zainstalowaniu urządzeń prowadziliśmy potem ich serwis) odbywała się w sposób bezbolesny i owocny dla obu stron, łącznie nawet z akcją typu: „Cześć Mariusz, Jarek mówi, wiecie co, mam prośbę, pilnie muszę wyjechać w wasze rejony, a prywatnie nie ma kiedy, nie zepsuło wam się aby coś wymagającego pilnej interwencji z mojej strony?”, w odpowiedzi na którą już po niecałej godzinie przyszło zgłoszenie awarii o charakterze pilnym. Chcieli nawet krytyczną z rozpędu robić, ledwie im z głowy wybiłem tłumacząc, że wystarczy mi wyjazd następnego dnia z rana, nie muszę jechać natychmiast 😉

c.d.n

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

6 Responses to Historia Telekomunikacji – część 4

Pawlo111
Commented:  11 sierpnia 2016 at 16:21

Złote to były czasy…

Piotr S.
Commented:  12 sierpnia 2016 at 11:01

Pawlo111 pisał o zaangażowaniu 😉
A ja ze swojej działki pamiętam współpracę ze starszymi pracownikami, którzy mieli takowe przysłowie: „jak się nie napijosz to nie pajmiosz” ;D

To ciekawe co Pan napisał o telefonii nośnej; ja zetknąłem się z tym w zupełnie innej sytuacji na początku lat 90-tych, otóż dostałem pismo, że mam przyznany numer i wkrótce zjawią się technicy, okazało się, jak przyjechali, że nie ma możliwości technicznych… o czym wiedziałem bo trzeba było ciągnąć kabel i stawiać słupy. Poza tym oklica była bardzo słabo stelefonizowana. Oni byli całkowicie zaskoczeni… Po karczemnej awanturze w TPSA, jakiś kierownik w końcu powiedział mi, że założą mi telefonię nośną, a słupy skądś znajdą i zrobią to na fuchę; polegało to na tym że po ostawieniu słupów do mnie, zamontowali coś w skrzynce telefonicznej na słupie, a moje połączenie niejako miało się „ślizgać” po czyichś łączach, nie było to związane z żadną tajemniczą skrzynką o której Pan pisze, tyle tylko że dostałem specjalny aparat telefoniczny, który musiał być zasilany z sieci 220V. Działało to raczej bez kłopotów przez parę lat. Potem wymienili łącze na tradycyjne i mogłem sobie kupić jakiś ładniejszy aparat telefoniczny, tamten zabrali. Pytałem kolegów, co to jest ta telefonia nośna, widzieli, jeden powiedział mi, że to tzw „ubecki telefon”, kiedy Ubek za komuny wprowadzał się do bloku to od razu – mimo braku par – dostawał telefon działający na tej właśnie zasadzie. Pozdrawiam

    Dziękuję za ciekawy komentarz. Najprawdopodobniej dostał Pan minimalistyczną wersję telefonii nośnej, jak mi google przypomniało, było to TN1+1. Na słupe wisiała zwrotnica rozdzielająca linie, u Pana w domu zaś stał telefon Aster w wersji przystosowanej do pracy z tym systemem. W tej wersji na jednej linii pracować mogły tylko dwa urządzenia i faktycznie była ona aż do końca lat 80tych stosowana do zapewniania łączości telefonicznej w nagłych przypadkach, tam, gdzie „brakło pary”, potem zostało to zastąpione przez peceemki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (1)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0123078
Visit Today : 16
Hits Today : 108
Total Hits : 451623
Who's Online : 2
Przejdź do paska narzędzi