Historia Telekomunikacji – część 3

Zgodnie z obietnicą, w niniejszym odcinku będzie więcej o pomiarach linii. Jak pisałem, najczęściej była to dla mnie kwestia kilku kliknięć w komputerze i poczekania kilkunastu sekund na rezultat. Bywało jednak, że z jakichś przyczyn linii w ten sposób zmierzyć się nie dało, bądź pomiar z jakichś powodów bywał niewiarygodny. Wtedy z pomocą przychodził pomiar tradycyjny. A żeby zmierzyć linię tradycyjnie, trzeba się było do niej najpierw wpiąć. Niemal wszystkie linie abonenckie obsługiwane przez mój oddział kończyły się za moimi plecami, na przełącznicy, którą już pokazywałem w pierwszym odcinku, a żeby było wiadomo, o czym piszę, pokażę ją jeszcze raz:

Feb04_37

Zdjęcie oczywiście nie przedstawia „mojej” przełącznicy, tylko jakąś inną, ale one wszystkie są do siebie podobne. Fotografia ta została zrobiona właściwie dokładnie z miejsca, w którym stało moje biurko, po prawo poza kadrem było przejście do kantorku, w którym stał słynny stół badaniowy, tamże przesiadywała też zwykle cała reszta składu osobowego Biura Napraw. Za krosem była lodówka (bardzo ważne wyposażenie, o czym jeszcze będę pisał), czajnik i całe zaplecze socjalne, a po lewo, poza kadrem był korytarzyk prowadzący na centralę. Też będę o nim pisał, ale to potem. Póki co wróćmy do przełącznicy.
Miała ona jakieś  3-3,5metra wysokości, obsługiwało się ją przy pomocy ruchomej drabinki jeżdżącej na rolkach.  Zdjęcie poniżej przedstawia podobną przełącznicę wraz z pracownikiem, który co prawda ma zwykłą drabinę „malarską”, ale za to fartuch podobny do mojego, służbowego 🙂

Zbiory_NAC_on-line_-_prototyp_-_Google_Chrome_2016-08-10_13-02-42(Zdjęcie z Narodowego Archiwum Cyfrowego)

Zasadniczą rolą takiej przełącznicy było połączenie wyjść z centrali z odpowiednimi kablami wychodzącymi „w  świat”. Na tyle krosu poziomymi rzędami były umieszczone zakończenia centralowe, były one wykonane na „jeżach”, czyli najgorszej w obsłudze i najbardziej chyba idiotycznej odmianie łączówki telekomunikacyjnej:

jeż(zdjęcie ze strony sklepu www.telef.pl, który ma taką łączówkę cały czas w sprzedaży)

Na tychże łączówkach były dostępne, ogólnie mówiąc kolejne linie telefoniczne wychodzące z centrali, strona ta zwana była zatem stroną stacyjną. Przy pomocy krosówki były one łączone ze stroną liniową, czyli zakończeniami magistrali kablowych rozchodzących się po terenie. Na pierwszym oraz kolejnym zdjęciu widać właśnie stronę liniową, składała się ona zaś z takich bloków:

Kros(zdjęcie forumowicza Zutket z forum elektroda.pl)

Jest tutaj tylko jeden, dość zdezelowany i zamontowany „na ścianie” panel, na 20 par (czyli 20 linii abonenckich), niemniej dobrze widać szczegóły jego budowy. Po bokach miał sprężyny trzymające bezpieczniki (te czarne, odstające), z przodu zaś… z przodu było to, co najlepsze. Są tam zestawy sprężyn, o których za moment, pomiędzy nimi zaś „węgielki”. Z każdej strony są dwie węglowe kostki przełożone plasterkiem miki. Całość tworzyła bezpiecznik przeciwprzepięciowy. Był to niezwykle istotny element zwłaszcza dla napowietrznych linii drutowych, w czasie solidnej burzy w terenie do przełącznicy lepiej się było nie dotykać, zaś na węgielkach potrafiła się odbywać całkiem ciekawa dyskoteka. Potem zaś… cóż, ileś bezpieczników do wymiany, ileś mikowych plasterków do wymiany, bywało, że nawet te węglowe klocki trzeba było wymieniać, bo pękały, choć to już rzadko. Dla mnie jednak najistotniejszym elementem były te widoczne od frontu sprężyny. Normalnie ściśnięte razem, łączyły elektrycznie ze sobą stronę stacyjną ze stroną liniową. Nienormalnie zaś robiło się, gdy trzeba było zrobić pomiar linii. W takiej sytuacji wzdychałem ciężko, wstawałem od biurka, przyciągałem sobie w odpowiednie miejsce drabinkę (bo rzecz jasna, zgodnie z Prawami Murhy’ego i zwykłą, przyziemną złośliwością rzeczy martwych najczęściej pomiarów wymagały linie krosowane pod samym sufitem) i brałem do ręki coś takiego:

rak pomiarowy(zdjęcie autorstwa forumowicza focus, zaczerpnięte z forum elektroda.pl)

Jest to rak. Po prostu rak. Niewątpliwie gdzieś w instrukcjach stanowiskowych czy dokumentacji technicznej miało to swą mądrą nazwę, ale nikt jej nie używał. Tenże rak wsuwało się na sprężyny, jego ramiona zaś je rozchylały, odłączając stronę stacyjną (centralę) od linii i przyłączając do obu stron stół badaniowy.

O tym stole już kilka razy zaczynałem pisać, za każdym razem natychmiast schodząc z tematu, najwyższy więc czas wreszcie napisać coś więcej. Wspominałem, że wyglądał on, jak steampunkowa wersja kokpitu wahadłowca kosmicznego, prawda? Nie znalazłem co prawda zdjęcia stołu w całej okazałości, ale poniżej zamieszczam ładną fotografię samego pulpitu operatorskiego, ona chyba dobrze pokazuje, o co mi chodzi:

Stół badaniowy(zdjęcie autorstwa forumowicza focus, zaczerpnięte z forum elektroda.pl

Tenże stół ma odnowiony blat i niektóre mierniki wymienione na nowsze, stół z mojego obiektu był w stanie pierwotnym, cały w fornirowanej obudowie zrobionej na „palisander”, solidnie spatynowanej kilkudziesięcioletnia karierą. Dodatkowo stała tam skrzynka na bieżące „kątówki”, te wystawiane przeze mnie do naprawy i te zdawane przez monterów, Dziennik Biura Napraw, szklanka (!) z herbatą Pana Henia oraz popielniczka i paczka papierosów Pana Henia. Bo choć ze stołu korzystał każdy potrzebujący, to Pan Henio najczęściej tam siedział.
Obsługi tego stołu nie nauczyłem się nigdy. Faktem jest, że niespecjalnie próbowałem, najczęściej w końcu mierzyłem „robotem”, a potem miałem też do dyspozycji nowoczesną szafkę pomiarową w pełni elektroniczną, ale i faktem pozostaje, że by biegle obsługiwać ten stół, potrzebna była chyba długa praktyka. Centralowy robot mierzył rezystancje, napięcia i pojemności na linii, ten stół teoretycznie był w stanie zmierzyć nawet jeszcze mniej (bo pojemności linii nie mierzył), ale to wszystko nie było istotne, gdy do stołu zasiadał Pan Henio. Gdy on robił pomiary, przez chwile było słychać tylko terkot przerzucanych kluczy i szczęk wtyczek, po czym rozlegało się obwieszczenie:
– ziemie mam, na jedny żyle [Pan Henio lokalną gwarą się posługiwał]. I to na rozdzielczym będzie, gdzieś het daleko, w puszce może nawet.
– skąd pan wie? – ja na to – bo mi w komputerze na pomiarze wychodziła tylko trochę zaniżona rezystancja?
– a bo tyn komputer je gupi! Zobacz se – prztykprztykprztykdrrrrt – o widzisz, jak wskazówka wolno dyga? – prztykprzykdrrrrt – o a teraz widzisz na drugi żyle, że jest lepij? Jakby było blisko, to by szybko spadła, a jak spada tak wolno, to widać że daleko, a tu linia słaba, to komputer tego czysto nie zmierzy, tu trzeba na wskazówkie patrzeć! O widzisz, jak opadła nisko? Ziemia, jak nic, wpisuj w kartę ziemie, a w komputerze se dopiszesz w uwagach.

Sami widzicie, Panu Heniowi pomiar pojemności linii był po nic, on tą pojemność widział intuicyjnie po samym zachowaniu wskazówki miernika. A przy tym przy pomocy tego stołu był w stanie zrobić całe mnóstwo rzeczy niestandardowych i czasem mocno wykraczających poza protokół, jak choćby puszczenie w linię mocno podwyższonego napięcia celem jej szybkiego „osuszenia”.

Wracając zaś do przełącznicy jeszcze, choć jej ogromna większość wyglądała tak, jak opisałem, bywały na niej i rzeczy nietypowe. Ot, na przykład głowica kablowa opisana tajemniczym numerem, nijak nie pasującym do typowo używanych. Nie zaprzątała ona mej uwagi do momentu, gdy kiedyś rzucono mi na biurko jakiś papier z suchym poleceniem „skrosuj to”. Papier ów miał pieczęć „poufne”, i drugą pieczęć mniej więcej taką:

1280px-Pieczec_msw_prl(źródło zdjęcia: wikipedia)

i o ile pamiętam, jednozdaniową treść z żądaniem skrosowania linii abonenckiej o numerze takim to a takim na parę xx kabla yyy. Co to takiego było – chyba każdy się domyśla, gdzieś, po drugiej stronie owego tajemniczego kabla, w bardzo tajnym miejscu stało pewnie kilka dużych magnetofonów…
Ja oczywiście nie powinienem takiego zlecenia nawet zobaczyć, o dostaniu do ręki nie wspominając, z tego, co się potem dowiedziałem, tylko jedna osoba z zespołu BN miała uprawnienia do wykonywania takich połączeń, była też ona zobowiązana do zachowania tego w tajemnicy. Ale miała też owa osoba swoje lata na karku, tego typu zobowiązania serdecznie w nosie oraz „młodego” pod ręką, który zawsze był „gotów” do skakania z krosówką po drabinie.

c.d.n.

email
This entry was posted in . Bookmark: permalink.

6 Responses to Historia Telekomunikacji – część 3

Pawlo111
Commented:  10 sierpnia 2016 at 16:37

Na praktykach byłem jak u nas pomału zaczęli centralki wywalać – Petaconta i Srowger ale jak usłyszałem Twoje opowiadanie Jarku i fotki to łezka się kręci w oku.
Uszkodzeń nie naszukałem się za wiele ale podobało mi się w TP jak cholera.
Poznałem firmę trochę głębiej i już urok prysł…

    Cóż, dlatego też ja z kariery w TPSA zrezygnowałem po pół roku pracy tamże 🙂 Ale nie wybiegajmy w przód, zapraszam do lektury kolejnych części, napiszę i o tym.

trash_bin
Commented:  11 sierpnia 2016 at 08:26

Kiedy wydasz tomik opowiadań? Proponuję tytuł „Ja. Telekomunikant” (tfu, tfu, zaklepuję takie słowo) 🙂 Będzie schodził jak ciepłe bułeczki 🙂

    „Ja, Telekomunista” 🙂

    A poważnie – jeśli jakiś wydawca byłby zainteresowany, to ja bardzo chętnie, ale realnie patrząc, raczej wątpię. Taki tekst może być (mam cichą nadzieję) ciekawy dla osób z branży najwyżej, a to chyba trochę za mało by go wydawać drukiem.

trash_bin
Commented:  11 sierpnia 2016 at 09:33

„Telekomunista” brzmiałoby zbyt politycznie, dlatego wymyśliłem „telekomunikanta”.
A tomik nie musi wychodzić drukiem, możesz go nawet sam wydać oficjalnie jako e-booka, nawet ISBNa dostanie 🙂 Bądź swoim własnym wydawcą 😀

    telekomunista polityczny, telekomunikant z kolei się kojarzy zbyt kościelnie… tak źle i tak niedobrze. Chyba jednak póki co zostanę przy formie blogowej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Archiwum

  • 2018 (7)
  • 2017 (24)
  • 2016 (66)
  • 2015 (39)

Wyszukiwanie

Licznik odwiedzin

0153299
Visit Today : 65
Hits Today : 139
Total Hits : 556552
Who's Online : 3